Salon Literacki Modnego Krakowa | Dobre Książki http://www.salonliteracki.eu/salon Dobre Książki - Salon Literacki Modnego Krakowa - Recenzje, zapowiedzi, wywiady, ciekawostki, wydarzenia Mon, 05 Aug 2013 14:25:59 +0000 pl-PL hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.6 Konkurs: Teraz i zawsze http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16601 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16601#comments Mon, 05 Aug 2013 14:25:59 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16601 Książka Carolyn Egan „Teraz i zawsze”, która ukazała się wiosna tego roku, to piękna, wzruszająca opowieść o tym, że ci, którzy kochają, nigdy nie odchodzą na zawsze. Bo czasami wystarczy odrobina miłości i promyk nadziei, żeby na nowo dostrzec szczęście.

Dla Mai najważniejsza jest rodzina. Nie wyobraża sobie życia bez męża i synka, ale wie, że wkrótce przegra walkę z chorobą i będzie musiała odejść. Jednak jeszcze nie teraz. Przecież potrzebuje czasu na to, by ich przygotować…

***

Dla naszych czytelników mamy do rozlosowania trzy egzemplarze książki Teraz i zawsze ufundowane przez Wydawnictwo Znak.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy odpowiedzieć prawidłowo na pytanie konkursowe:
Jakiej narodowości jest autorka książki?
Podpowiedź znajdziesz w zapowiedzi książki.

Jak wygrać książkę?

W losowaniu książek wezmą udział maile nadesłane na adres:
konkurs@modnykrakow.pl

z podanym w tytule maila hasłem „teraz i zawsze”.

W treści maila proszę podać:
- imię i nazwisko
- adres, na który prześlemy książki w razie wygranej
- odpowiedź na pytanie konkursowe

Termin nadsyłania zgłoszeń: 10 sierpnia godz 20:00
Rozstrzygnięcie konkursu: 10 sierpnia godz. 23

Biorąc udział w konkursie uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych w zakresie niezbędnym do przeprowadzenia konkursu. Po rozstrzygnięciu konkursu dane uczestników nie będą przechowywane.

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16601 1
Mae West http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16597 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16597#comments Sun, 04 Aug 2013 11:12:23 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16597 Znakomita biografia Mae West autorstwa Charlotte Chandler została oparta na serii wywiadów przeprowadzonych z gwiazdą zaledwie kilka miesięcy przed jej śmiercią w 1980 roku.

Zapowiedź


Mae WestJako dramatopisarka West słynęła ze skandalizujących sztuk, jako aktorka – z ról, które uczyniły z niej uosobienie seksu, i z powiedzonek, które przeszły do historii Hollywood („Nadmiar czegoś dobrego może być cudowny”, „Kiedy jestem dobra, jestem bardzo dobra, ale kiedy jestem zła, jestem jeszcze lepsza” i wiele innych).

Od pierwszego spotkania, kiedy na przywitanie autorki West wyciągnęła skrzącą się od brylantów dłoń, aż do ich pożegnania, podczas którego gwiazda niestrudzenie udzielała pisarce rad w kwestii sposobów uwodzenia mężczyzn, pomiędzy Mae West i Charlotte Chandler nawiązała się serdeczna zażyłość emanująca z każdej strony biografii.

Charlotte Chandler zgłębiła legendy świata kina i objawiła talent, który sprawia, że gwiazdy filmowe otwierają się przed nią ze zdumiewającą szczerością.
„Los Angeles Times”

Charlotte Chandler jest autorką wielu biografii reżyserów i aktorów, między innymi Ingrid Bergman, Joan Crawford, Bette Davis, Marleny Dietrich, i Katharine Hepburn, a także Federico Felliniego, Alfreda Hitchcocka, Groucho Marxa I Billy’ego Wildera. Jest członkinią zarządu Film Society of Lincoln Center (Stowarzyszenie Filmowe Centrum Lincolna) i aktywnie działa na rzecz zachowania dziedzictwa filmowego.

Charlotte Chandler
Mae West
Tłumaczenie: Adam Tuz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 1 sierpnia 2013

 

Fragment


Niektóre kobiety umieją zdobywać to, czego zapragną, inne nie. Ja zawsze umiałam.
Mae West

Prolog

Najpierw myślałam, że kobietom jest potrzebna Karta Praw Obywatelskich. Jednak później uznałam, że potrzebują czego innego – karty praw do występków. Jako młoda dziewczyna – ciągnęła Mae West – z miejsca pojęłam ten podwójny wzorzec, odrębny dla mężczyzn i kobiet, nie tylko w sferze seksu, ale w ogóle. Mężczyźni żyli w świecie wolności, a kobiety – w świecie ograniczeń. Uważam, że powinien istnieć jeden wzorzec dla mężczyzn i kobiet. Życie wielu kobiet określa obecność w nim mężczyzny lub mężczyzn. Natomiast ja wolałam sama je określać. Nigdy nie uważałam się za feministkę, mimo że miałam taką opinię u wielu osób. Nigdy nie utożsamiałam się z żadnymi grupami. Uważałam, że opowiadam się po stronie praw człowieka, a przecież kobiety także są ludźmi.

Kiedy jakiś mężczyzna zabiegał o moje względy, starał się włożyć mi na palec pierścionek z brylantem, a gdy tylko uznał, że już mnie usidlił, chciał przepasać mnie kuchennym fartuchem. Radziłam sobie w męskim świecie. Pracowałam w show-biznesie, który jest światem mężczyzn, gdyż to w ich rękach skupia się władza nad tą sferą. Matka mawiała, że sprytu nigdy za wiele, ale nie warto się nim chwalić, zwłaszcza przed mężczyznami: „Mężczyźni nie lubią kobiet sprytniejszych niż oni. Rozum to atut, który trzeba ukrywać”. Ale matka urodziła się w innej epoce. To, co obowiązywało w jej czasach, nie było tak samo słuszne w moich. Matka musiała żyć w kobiecym świecie, podczas gdy „wielkim światem” władali mężczyźni.

Najbardziej szczycę się tym, że oferowałam ludziom rozrywkę, a nie przesłanie. Oczywiście było tam i przesłanie, ale w głębi, ukryte pod maską dowcipu. Kobiety mówiły mi, że inspirowałam je do tego, by nie siedzieć bezczynnie, lecz podążać własną drogą. Uświadamiałam ludziom, że kobiety też lubią seks, który jest czymś dobrym, a nie zdrożnym, o ile tylko nie sprawia komuś krzywdy, i pod warunkiem, że podchodzi się odpowiedzialnie do kwestii macierzyństwa. Nie twierdzę, że wypełniałam jakąś misję, ale ostatecznie na to właśnie wyszło.

W mojej własnej opinii wiodłam dość samolubny żywot. Tak bym to określiła. Skupiałam się przede wszystkim na sobie. Aż pewnego dnia w restauracji podeszła do mnie jakaś kobieta i oświadczyła: „Panno West, chciałabym pani powiedzieć, że jest pani cudowna”. „Och, dziękuję – odparłam, zakładając, że ma na myśli moje sukcesy artystyczne. – Czy coś szczególnie się pani podoba?” Sądziłam, że wymieni kilka konkretnych ról albo może odpowie: „Wszystko”. Ale zaskoczyła mnie. Spodziewałam się krótkiej wypowiedzi, lecz ona pragnęła mi opowiedzieć wszystko o mnie samej. To częste u fanów, ale w tym wypadku było inaczej.

Odrzekła: „Spowodowała pani odmianę, cudowną odmianę w życiu wszystkich kobiet”. To dało mi do myślenia. Musiałam się nad tym zastanowić, przeanalizować swoje życie i jego znaczenie. Uznałam wreszcie, że starania o moją własną pomyślność przerodziły się w działania na rzecz wszystkich kobiet. Mam nadzieję, że tamta kobieta miała rację. Czyż matka nie byłaby ze mnie dumna? Swoim życiem odmieniłam nie tylko własny los. To zaś oznaczało, że tę różnicę spowodowało życie mojej matki, gdyż odegrała ona ważną rolę w kształtowaniu osoby, jaką się stałam. Pewnego dnia kobieta zostanie prezydentem, jestem tego pewna. Od wieków kobiety wodziły mężczyzn na pasku. Co do mnie, to nigdy nie chciałabym piastować żadnych politycznych stanowisk, może z wyjątkiem urzędu wiceprezydenta.

Czy uwierzy pani, że ludzie mówią, iż na pewno jestem zła, gdyż tak przekonująco gram role złych kobiet? Sądzą, że moje role to ja! Nie doceniają moich zdolności aktorskich ani pisarskich. Wizerunek publiczny to bardzo ważna rzecz, ale jeszcze ważniejszy jest mój obraz w moich własnych oczach – ten, który zachowuję tylko dla siebie. Dam pani pewną radę: niech pani wyrzuci wszystkie swoje nieudane fotografie. I proszę ubierać się elegancko, również w domu, na przykład przed rozmową telefoniczną. Strój panią odmieni, a to się wyczuwa nawet przez telefon.

Czy pani wie, kim jest Mae West? Kopciuszkiem we współczesnej sukni – mniej więcej współczesnej – i szpilkach, bo te szklane pantofelki są zbyt kruche! Wiem jedno: nie zmieniłabym się dla nikogo. Sama się stworzyłam i doskonaliłam. Nie pojawiłam się w jednej chwili dokładnie taka, jaką później się stałam, choć niewiele się różniłam od tamtej małej dziewczynki z dawnych czasów, najwcześniejszych, które pamiętam. Z początku jednak musiałam trochę nad sobą popracować. Stałam się postacią legendarną, ale nie historyczną. Należę do współczesności. Jestem dumna ze swoich filmów i naprawdę się cieszę, że je nakręciłam. W swoim czasie były cudowne, a teraz są jeszcze ważniejsze, gdyż mogą oglądać mnie wnuki moich dawnych widzów. Wielu ludzi, którzy oglądali mnie w teatrze, już odeszło, a ci, krórzy pozostali, też wkrótce zabiorą swoje wspomnienia do grobu.

Jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że zjawiłam się w odpowiednim czasie. Dwudziesty wiek to epoka, której pamięć warto pielęgnować. Kiedy Mae zaczynała swoją karierę, otwierano drzwi przed kobietami. Kiedy ją zakończyła, drzwi były otwarte dla kobiet.

Wstęp

Poznałam Mae, kiedy pewnego dnia złożyłam jej popołudniową wizytę. Wyciągnęła do mnie rękę na przywitanie, a gdy ją ujęłam, jeden z brylantowych pierścionków skaleczył moją dłoń. Widząc to, Mae skwitowała sytuację rzeczową uwagą:
– To kamienie o starszym szlifie brylantowym, bardzo ostre. Najlepsze.
Na wszystkich palcach miała brylantowe pierścionki. Takie same kamienie zdobiły też jej naszyjnik, bransoletę oraz łańcuszek na kostce. Aktorka wyjaśniła, że to jej „brylanty na tę porę dnia”. Wyciągnęła przed siebie obie ręce, demonstrując mi klejnoty:
– Proszę spojrzeć, wszystkie są autentyczne. Podarowali mi je wielbiciele.
Jej spojrzenie zatrzymało się na moich, pozbawionych ozdób, rękach.
– Och, biedactwo! Nie ma pani ani jednego!
Przez moment przyglądała mi się ze zdumieniem i litością. W następnej chwili jednak twarz jej się rozjaśniła.
– Zostawiła je pani w domu?
Potrząsnęłam przecząco głową.
Na twarzy gwiazdy znowu pojawił się wyraz głębokiego współczucia. Mae przyglądała mi się przez jakiś czas, po czym oznajmiła pokrzepiającym tonem:
– Mogłaby je pani mieć, moja droga. Mogłaby pani. Ale musi się pani postarać, a także wiedzieć, jak to zrobić. Nie ma w życiu nic cenniejszego od brylantów.
– Zapewne trzeba w to wierzyć, by je posiąść – zauważyłam.
– Racja – odrzekła. – Trafiła pani w sedno. Cały sekret tkwi w umyśle. – Dotknęła ręką czoła. – Właśnie tu wszystko się zaczyna. Świadomość, czego się pragnie, to pierwszy krok do zdobycia tej rzeczy. – Znowu wyciągnęła ręce przed siebie, byśmy obie mogły się napawać widokiem klejnotów. – Te brylanty to moi przyjaciele. Czyż nie są piękne? Jedyne, co jest od nich ważniejsze, to zdrowie.

Moją uwagę zwrócił dźwięk przypominający trzepot skrzydełek malutkich ptaków. Nie chciałam sprawić wrażenia, że nieuważnie słucham słów Mae West, lecz nie mogłam się oprzeć pokusie zlustrowania salonu jej hollywoodzkiego apartamentu. Nie zauważyłam jednak żadnych klatek. Ów dźwięk powtarzał się często. Dopiero po dłuższej wypowiedzi Mae zdałam sobie sprawę, że wydawały go pokryte grubą warstwą tuszu sztuczne rzęsy, przy każdym mrugnięciu omiatające policzki aktorki.

Nasze spotkanie zaaranżował reżyser George Cukor, który znał Mae od połowy lat dwudziestych dwudziestego wieku, kiedy to pracowali razem przy nowojorskich inscenizacjach teatralnych. Podczas naszego pierwszego spotkania powiedziała: „Może pani mówić do mnie Mae, moja droga, ponieważ jest pani znajomą George’a, a on właśnie tak się do mnie zwraca”.
Mae West nie pałała entuzjazmem do udzielania wywiadów, zwłaszcza kobiecie.
– Nie mam nic na sprzedaż, więc tym bardziej nic nie oddam za darmo. Jeśli ktoś zaczyna się rozdawać za darmo, na nic nie zasługuje. Jeśli ktoś sam się nie ceni, to dlaczego miałby oczekiwać, że będzie ceniony? Właśnie stąd wynika moja nieufność wobec występów w telewizji, za które nie otrzymałam zapłaty. Nie podoba mi się rozdawanie wizerunku Mae West i w ten sposób umniejszanie jej wartości. Przypominam wyśmienite wino – z wiekiem nabieram jeszcze lepszego smaku. Obecnie jestem sobą bardziej niż kiedykolwiek przedtem, a to dla pani dodatkowa korzyść.

Jednak nie zdobyła się, by odmówić prośbie George’a Cukora. Nadal miała nadzieję, że zdoła napisać dlań scenariusz i zagra w reżyserowanym przez niego filmie, z tym bowiem reżyserem najbardziej chciała współpracować. Jedyną obiekcją Mae było to, że Cukor „posunął się w latach”. Fakt, że skończyła podówczas osiemdziesiąt sześć lat, nie miał dla niej znaczenia. Cukor zdradził mi, że w owym filmie, Mae zagrałaby główną rolę obok Natalie Wood, która również należała do jego ulubionych aktorek. Miała to być historia o młodej kobiecie, która udaje się do jasnowidzki. W tej pierwszej roli miała wystąpić Natalie Wood, w drugiej zaś Mae West.

– Pomysł scenariusza był w gruncie rzeczy zainspirowany wiarą samej Mae w zdolności pozazmysłowe pewnych osób oraz istnienie czegoś, co lubiła określać mianem „Sił” – wspominał Cukor. – Opowiadała mi o swoich licznych doświadczeniach w tej dziedzinie i o tym, że spotykała najróżniejsze duchy, lecz żaden z nich nie okazał się szczególnie interesujący. No cóż… Mae ma też inne pomysły i chce napisać scenariusz, ale zdaniem nas obojga nie pracuje dostatecznie szybko. Powiedziałem jej kiedyś, prosząc, by wybaczyła mi banalność tej uwagi: „Czas nie stoi w miejscu, Mae”; i wie pani, co mi odrzekła? „Nie dla ciebie, George”.

– W rozmowie z George’em oświadczyłam, że nie chcę wcielać się w młodą kobietę – mówiła Mae. – Nalegałam, by powierzył mi rolę jasnowidzki. Odrzekł: „Doskonale, Mae”. Uprzedziłam go, że nie chcę grać bohaterek starszych niż te, które grywałam po trzydziestce. On zaś odparł: „Nie zamierzam podawać wieku postaci; mają być w nieokreślonym wieku, wnioski zaś pozostawimy widzom”. To mnie całkowicie zadowoliło, przystąpiłam więc do pisania swojej roli. – Mae urwała na chwilę. – Trzeba pani wiedzieć, że to ostatni wywiad, jakiego zamierzam kiedykolwiek udzielić.
– Czy jestem aż tak okropna? – zapytałam.
– Nie, moja droga, tu nie chodzi o panią. Jest pani bardzo miła. Po prostu przeszłam już na emeryturę, jeśli chodzi o udzielanie wywiadów, lecz George poprosił mnie, bym wyświadczyła mu tę grzeczność. Zatem udzielam tego wywiadu jako emerytka. Obecnie nie chce mi się już poznawać wielu nowych osób. Spotkałam już w życiu tylu ludzi, że odczuwam przesyt. Niczego już nie promuję ani nie sprzedaję, więc nie zależy mi na tym. Mam tylko siebie, zatem nie chcę się dewaluować.

Drzwi do apartamentu Mae otworzył mi mieszkający z nią przyjaciel, Paul Novak. Zapytał, jak zdołałam przejść przez wypełniony ochroną hol budynku Ravenswood i wjechać windą na górę bez anonsowania swojej wizyty. Wyjaśniłam, że za radą George’a Cukora zapytałam o Paula, zakładając, że dziennikarze wymieniają raczej nazwisko Mae West. Jego imię posłużyło mi więc jako hasło. Mae spodobał się ten pomysł.

Poznała już wszystkich, z którymi pragnęła zawrzeć znajomość. To istotne, zwłaszcza gdy się pamięta, że przed czyjąkolwiek wizytą czuła się w obowiązku spędzić wiele godzin, przygotowując fryzurę, makijaż i suknię, gdyż przywiązywała wielką wagę do pierwszego wrażenia, jakie wzbudzi. Twarz gwiazdy niemal całkowicie kryła się pod maską podkładu i pudru, ale szyja i dekolt zdradzały uderzająco piękną, gładką skórę o znakomitym wyglądzie. Usłyszałam kilkakrotnie z ust mojej rozmówczyni, że poświęciła na to trzy godziny starań, ale nie wahałaby się podwoić tego czasu, gdybym była mężczyzną. Wyznała, że gdyby zamierzała w ogóle kogoś przyjąć, wolałaby co dzień (a zwłaszcza co wieczór) spotykać się z mężczyznami.
– Zawsze przysyłali mężczyznę – wspominała, nie precyzując, kogo ma na myśli. – Uważałam przestawanie z dziewczętami za stratę czasu, więc nie obracałam się w damskim gronie.

Jedyny wyjątek stanowiły jej ukochana matka oraz siostra Beverly. Jak twierdziła Mae, mężczyźni oddawali się interesującym zajęciom i byli w stanie umożliwić jej to samo. Zdaniem Mae, świat Hollywood można określić jako realną nierzeczywistość i właśnie to jej się w nim podobało. Do końca życia z godnością opierała się wszelkim atakom na jej zamek z bajki. Apartament w hollywoodzkim budynku Ravenswood stanowił w istocie uzupełnienie Mae West, nie tylko odzwierciedlenie jej osobowości, lecz także jej uwydatnienie, a może nawet źródło inspiracji. Włożyła weń wiele z samej siebie, również wiele czerpiąc w zamian. Tapicerowane meble pokryte żółto-białym jedwabiem i atłasem, sprawiały wrażenie dziewiczo nowych, jakby je właśnie wniesiono na wieść o mojej wizycie. W rzeczywistości większość lśniącego bielą i złotem umeblowania stała tam od czasu przeprowadzki Mae do Hollywood, opuszczając apartament jedynie przy okazji wymiany tapicerki lub czyszczenia.

Chociaż Mae posiadała wiele nieruchomości, w tym dom na plaży w Santa Monica i ranczo w dolinie San Fernando, ponad wszystkie przedkładała swój apartament w budynku Ravenswood, od 1932 roku uważając go za swój dom. Twierdziła, że tam czuje się najbezpieczniej. Nie wybrała go sama – zrobili to ludzie z wytwórni Paramount przed jej przyjazdem do Kalifornii. Aktorka postawiła jedynie warunek, by mieszkanie znajdowało się w pobliżu studia. Pracownicy wytwórni wybrali też meble z działu rekwizytów, nie przewidując nawet, że pozostaną one na swoim miejscu prawie przez pół wieku. Mae spodobał się rezultat ich starań i przez całe lata wprowadziła zaledwie kilka zmian.

W apartamencie nie było wszechobecnych roślin domowych. „Rośliny zużywają za dużo tlenu”, wyjaśniała opacznie Mae, choć z wielką pewnością siebie. W mieszkaniu panował chłód, gdyż twierdziła: „To dobrze wpływa na stan mebli i cerę. Lubię powietrze przefiltrowane i pozostające w ciągłym ruchu”. Zastanawiałam się, w jaki sposób utrzymywano apartament w stanie tak nieskazitelnej czystości, i jednocześnie marzyłam, by móc wykorzystać to rozwiązanie w moim własnym lokum, choć instynktownie wyczuwałam, że tej czarodziejskiej sztuczki nie da się zastosować nigdzie indziej. Wydawało się poniekąd naturalne, że meble używane przez Mae West nie mogą się brudzić. Magia to rzecz krucha; każda odpowiedź jedynie rozwiałaby czar. Mae nie lubiła zmian: „Są ludzie, którzy zmieniają coś dla samej odmiany – uczesanie, meble, a nawet twarze. Nie należę do tej kategorii”. Odkąd osiągnęła doskonałość według własnych norm, unikała dalszych zmian, gdyż nigdy nie zapomniała życia w świecie trupy teatralnej i wodewilu, w którym nie miała wpływu na swoje otoczenie.

– W młodości napodróżowałam się do syta, później więc nie musiałam już tego robić. Usunęłam to ze swojego życia, poza tym jestem zbyt wybredna. Tu mam wszystko, czego potrzebuję, nigdy nie chciałam stanąć przed koniecznością przeprowadzki. Apartament Mae West był domem stworzonym dla niej oraz przez nią, odzwierciedlającym zamysł nie jakiegoś znanego dekoratora wnętrz, lecz samej gwiazdy. Nagromadzenie drobiazgów i otrzymanych od wielbicieli prezentów, których nie umiała wyrzucić, a także pieczołowicie przechowywanych pamiątek rodzinnych świadczyło, że Mae West jako osoba prywatna była bardziej sentymentalna, niż wskazywałyby pozory stworzone na użytek jej oficjalnego wizerunku.

Wystawione w całym mieszkaniu dzieła sztuki, przedstawiające Mae w latach największych sukcesów – naga rzeźba w marmurze i olejne obrazy – dowodziły, że gwiazda nie grzeszy fałszywą skromnością. Wskazywały również, że nawet przekroczywszy osiemdziesiątkę, aktorka nie obawia się konfrontacji z własną osobą z czasów młodości. Nadal zachowywała optymizm i snuła ambitne plany na przyszłość. Do swoich najcenniejszych pamiątek Mae zaliczała rzeźbę przedstawiającą ją samą nagą, wyeksponowaną bez zahamowań na białym fortepianie. Dzieło stanowiło jeden z rzadkich wypadków, w których Mae odrzuciła skromność i pozwoliła, by realizm zatriumfował nad wyobraźnią, zwłaszcza męską. Posążek wyszedł spod dłuta kobiety.
– Nie pozowałabym mężczyźnie – oświadczyła aktorka. – Nie starczyłoby mu czasu na dokończenie pracy. Poza tym sądzę, że dama ma prawo do paru sekretów. Na ścianach mojego domu na plaży miałam freski przedstawiające nagich mężczyzn. Wspaniałe dzieła sztuki. Nagość w sztuce nie ma nic wspólnego z seksem, to po prostu sztuka. Chciałabym pokazać pani ten dom, niestety, sprzedałam go. Brakuje mi go teraz.
]]> http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16597 0 Julie Orringer i Niewidzialny most http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16565 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16565#comments Mon, 29 Jul 2013 06:20:16 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16565 Julie Orringer uzyskawszy stypendium literackie rozpoczęła pracę nad zebraniem materiałów do książki „Niewidzialny most“. Staranne przygotowanie do napisania tej powieści zaowocowało stworzeniem książki, która w przejmujący sposób przywołuje dramat zwykłych ludzi uwikłanych w koleje II Wojny Światowej.

Julie Orringer | Fot.: Christa Parravani NO World Rights„Niewidzialny most“ jest pani pierwszą książką, powieść dzieje się na Węgrzech i we Francji przed i w czasie drugiej wojny światowej. Tytuł odnosi się do niewidzialnych więzów łączących ze sobą ludzi, nawet gdy są od siebie daleko. Czy sądzi pani, że takie więzi są możliwe także dziś, gdy żyjemy w dobrobycie, a tradycyjne wartości odeszły do lamusa?

To dobre pytanie – czy trudności związane z biedą, wojenne koleje losów i struktura tradycyjnych wartości przyczyniały się do wzmocnienia więzów międzyludzkich? Wydaje mi się, że trudności mogą wzmocnić lub osłabić więzy pomiędzy kochającymi się ludźmi; z reguły je wzmacniają. To, że żyjemy dziś w stosunkowo pomyślnych czasach, a tradycyjne wartości zmieniły się lub odeszły do lamusa, nie znaczy jednak, że ludzie nie potrzebują siebie nawzajem. Nasze codzienne życie, nawet gdy jest dostatnie, stanowi dostateczne wyzwanie i nie jesteśmy w stanie go przeżyć bez niewidzialnych więzów miłości. Nowoczesna technika daje nam wciąż nowe sposoby na to, by być w kontakcie z tymi, których kochamy, nawet gdy są daleko. Pragniemy tego kontaktu, to się nie zmieniło i myślę, że nigdy się nie zmieni.

Pani książka opiera się częściowo na doświadczeniach wojennych pani dziadków. Kiedy po raz pierwszy rozmawiali z panią o tych ciężkich czasach? Czy opowiadali pani wojenne historie tak, jak opowiada się bajki?

Opowiedzieli mi o o swoich wojennych losach dopiero, gdy byłam dorosła. Rozumiałam od małego, że przeżyli Zagładę. Dowiedziałam się o Holocauście w hebrajskiej szkole – nie w kategoriach bajkowych lecz bardzo konkretnych i jasnych informacji, poprzez historie spisane przez dzieci, które były w obozach lub dorosłych, którzy je przeżyli – do dwudziestego roku życia nie miałam jednak pojęcia o losach moich dziadków. Gdy wybierałam się do Paryża, dziadek powiedział mi, że spędził tam w młodości dwa lata. Wyjaśnił mi, że miał stypendium na wydziale architektury, ale po wybuchu wojny musiał wracać do Budapesztu. Następnie został wcielony do batalionu pracy przymusowej Węgierskiej Armii. Nie słyszałam przedtem o batalionach pracy przymusowej. Gdy zaczęłam zadawać mu pytania o te wydarzenia i o to, jak zdołał przetrwać, poznałam całą tę skomplikowaną historię. Wziąwszy pod uwagę jak straszne to było doświadczenie, nie dziwię się, że mi o tym nie opowiadał, gdy byłam młodsza.

Czy dziadkowie czytali pani książkę? Jak na nią zareagowali?

Mój dziadek nie dożył wydania książki. Zmarł w 2006 roku, cztery lata przed jej ukończeniem. Ale wiedział, że nad nią pracuję i spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o jego przeżyciach. Wiem, że dla niego było bardzo ważne, by ta historia została opowiedziana. Moja babka, która ma 90 lat, przeczytała książkę – prawdę mówiąc, trzy razy. Czytała ją przed publikacją i bardzo pomogła mi ją zredagować. Opowiedziała mi też wiele historii z własnej przeszłości i radziła mi co jest dobrze uchwycone, a co trzeba zmienić. Choć powieść zaczęła się od historii moich dziadków, dość szybko przeszła w obszar fikcji literackiej. Jednak największym komplementem, jaki usłyszałam od babci było to, że fabuła wydawała się jej prawdopodobna. – Wszystko co dzieje się w tej powieści komuś się wydarzyło – powiedziała – jeśli nie nam to komuś innemu.

Gdy czytamy „Niewidzialny most“ wydaje nam się, że uczestniczymy w tych traumatycznych wydarzeniach (prześladowaniach Żydów, obozach pracy). Otrzymała pani w 2004 roku stypendium, by zebrać informacje potrzebne pani do napisania książki. Jakiego rodzaju informacje panią interesowały? Czy była pani wtedy na Węgrzech po raz pierwszy?

Pierwszy raz pojechałam na Węgry w 2002 roku, by zebrać potrzebne informacje przed przystąpieniem do pisania. Ta pierwsza podróż była mi głównie potrzebna, by poczuć atmosferę tego miejsca; nie wiedziałam nawet jakie pytania zadawać, ani do jakich źródeł się odwołać. Zanim w 2005 roku dostałam stypendium National Endowment for the Arts, pierwszy szkic książki był już ukończony i mogłam wrócić na Węgry z konkretnymi pytaniami. Najbardziej interesowały mnie węgierskie obozy pracy przymusowej, bo na ten temat nie znalazłam zbyt wiele informacji w Stanach. Spędziłam wiele czasu w Państwowym Archiwum Żydowskim w Budapeszcie, szukając zdjęć, listów i gazet z obozów. Spędziłam też sporo czasu w bibliotece i muzeum Holocaustu, próbując dowiedzieć się jak wyglądało życie w Budapeszcie w czasie wojny i jak przebiegały deportacje. Wciąż wydawało mi się, że wielu rzeczy nie wiem. Gdy czegoś się samemu nie przeżyło, nie sposób wiedzieć wszystkiego.

Temat tragicznego losu europejskich Żydów jest często podejmowany w książkach i w filmach. Pani książka przybliża prawie całkiem nieznaną większości czytelników historię obozów pracy przymusowej na Węgrzech, kraju, który był sprzymierzeńcem Trzeciej Rzeszy. Pani następna książka mówi o Varianie Fry’u, amerykańskim dziennikarzu, który pomógł tysiącom francuskich Żydów uniknąć pewnej śmierci we Francji Vichy. Czy można powiedzieć, że jest pani zafascynowana tym tematem?

Było dla mnie ważne, by opowiedzieć historię węgierskich obozów pracy, szczególnie, że nie jest to szerzej znany temat. A temat drugiej książki wyłonił się z badań poświęconych pierwszej. Więc widać z tego, że temat wojny okazał się dla mnie jako pisarki pociągający. Są miliony historii o drugiej wojnie światowej, które wciąż nie zostały opowiedziane, mimo że jest ona często podejmowana w literaturze i filmie. Varian Fry, bohater mojej nowej książki, był zdumiewającym i skomplikowanym człowiekiem i w powieści próbuję pokazać konflikt impulsów, pod wpływem których zapewne działał, gdy ratował ludzi w Marsylii.

Są miliony historii o drugiej wojnie światowej, które wciąż nie zostały opowiedziane

W pewnym sensie „Niewidzialny most“ dzieli się na dwie części. Druga zajmuje się okresem wojny, a pierwsza rozgrywa się w przedwojennej Francji i jest historią miłosną. Dlaczego postanowiła pani umieścić dwa tak różne światy w jednej książce?

Wydaje mi się, że to co chciałam uchwycić w tej książce, to poczucie, że życie rozpada się na kawałki – a żeby tego dokonać, musiałam najpierw to życie zbudować. Im więcej słuchałam wspomnień osób, które przeżyły Holocaust, tym lepiej byłam w stanie zrozumieć tę straszną zmianę, która im przypadła w udziale – od życia pełnego ufności w przyszłość, po brutalny brak perspektyw, gdy wojna się rozpoczęła. Gdybyśmy nie doświadczyli z Andrasem tych wcześniejszych lat – okresu studiów w École Spéciale d’Architecture, przyjaźni, borykania się z problemami, miłości do Klary i trudności, które jej towarzyszyły – nie moglibyśmy odczuć co dla niego znaczyły straty, których doświadcza w drugiej części książki.

Główny bohater powieści Andras, ma wyjątkową osobowość. Jest młodzieńcem łagodnym, bardzo emocjonalnym i romantycznym. Przypomina bohaterów powieści rosyjskiej. Jak się pani czuje, gdy porównuje się pani powieść na przykład do „Doktora Żywago”?

Jestem zachwycona, pochlebia mi to porównanie, choć gdy zaczynałam pisać „Niewidzialny most“, to akurat czytałam „Wojnę i pokój“. Jeśli do mojej powieści przeniknęło nieco nastroju, czy charakteru tej powieści mogę jedynie odczuwać wdzięczność. Z pewnością mogę powiedzieć, że głęboko podziwiam sposób, w jaki Tołstoj uchwycił najdrobniejsze szczegóły ludzkiego życia, zarówno w domu jak i na polu bitwy, a także to, jak z tych ludzkich drobiazgów zdołał utkać tkaninę szerszego historycznego kontekstu. Co ciekawe, pisał tę powieść mniej więcej po takim samym czasie od wojen napoleońskich, co ja swoją od drugiej wojny światowej. Być może jest coś szczególnego w tej perspektywie sześdziesięciu lat, która daje nam zarówno obecność żywej pamięci jak i potrzebny dystans.

Z Julie Orringer rozmawiali Olga Orzeł Wargskog i Moises Delgado.

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16565 0
Pożegnanie wspomnień http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16560 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16560#comments Mon, 29 Jul 2013 06:06:27 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16560 To jedna z tych powieści, o których wiadomo, że muszą skończyć się dobrze. Remedium na paskudne dni, kłopoty w pracy i szarą rzeczywistość. „Tamtego lata nad Sekwaną” Agnieszki Błotnickiej, to książka przywołująca uśmiech.

Przebojowe prawniczki z Warszawy, mieszkające we wspaniale urządzonych apartamentach z mężami przebojowymi niczym one same wcale nie muszą mieć życia usłanego różami. Co więcej, mogą mieć perypetie nie do pozazdroszczenia. Tak właśnie jest w przypadku Moniki Gosz, bohaterki stworzonej przez Agnieszkę Błotnicką, która zdaje sobie sprawę, że jej idealny świat to tylko fasada skrywająca smutek i pustkę.

Kobieta wie, że coś powinna z tym zrobić, lecz dni mijają, a ona tylko łyka gorzkie łzy próbując przekonać samą siebie, bezskutecznie, że mąż wcale jej nie oszukuje i że mają przed sobą jeszcze jakąś wspólną przyszłość. Niespodziewany wyjazd do Paryża, gdzie ma za zadanie przygotować do rozprawy jednego z klientów kancelarii, w której Monika pracuje, mógłby choć na chwilę, odwrócić jej uwagę od prywatnych problemów… Mógłby, ale nie odwraca bo Paryż dla Moniki to przede wszystkim ogrom wspomnień związanych z chwilami gdy jeszcze była z mężem bardzo szczęśliwa i zakochana na zabój. Kobieta musi pożegnać te wspomnienia by znów poczuć, że żyje, tylko czy się odważy?

„Tamtego lata nad Sekwaną” to przede wszystkim powieść obyczajowa o tym, że czas na zmianę, a w szczególności sposobność do jej dokonania, zawsze może się zdarzyć. Agnieszka Błotnicka opowiedziała w niej jednak jeszcze inną historię o tym jak media mogą zniszczyć życie człowieka i jak manipulują informacjami przedstawianymi czytelnikom i widzom. Energiczna prawniczka, poza uporządkowaniem swojego życia osobistego, będzie musiała się zmierzyć z obroną młodego idealisty, który wydał wojnę koncernowi medialnemu.

Energiczna prawniczka, poza uporządkowaniem swojego życia osobistego, będzie musiała się zmierzyć z obroną młodego idealisty, który wydał wojnę koncernowi medialnemu.

I radzę uważnie śledzić ten wątek bo jego finał jest co najmniej zaskakujący. Dodatkową niespodziankę stanowi fakt, że na kartach tej powieści czytelnicy spotkają bohaterów, którzy pojawili się już we wcześniejszej książce Agnieszki Błotnickiej pt. „Koniec lata w Lanckoronie”. Jednak jeśli ktoś nie czytał tamtej powieści to nie będzie miał żadnego problemu w zrozumieniu fabuły książki najnowszej. To tylko miły akcent dla fanów pisarki znających Jej wcześniejszą twórczość.

Osobiście najbardziej lubię powieści Agnieszki Błotnickiej skierowane do młodych czytelników bo aż kipią od dynamicznej akcji i przywodzą na myśl błogie lata dzieciństwa, jednak Jej powieści skierowane do dorosłych odbiorców także przyjemnie się czyta. Jest w nich łagodność i coś niezwykle pogodnego. Jeśli właśnie takiej książki szukacie, to ta będzie idealna.

Wanda Pawlik

Uwaga! Już wkrótce, pośród naszych czytelników, rozlosujemy 5 egzemplarzy książki „Tamtego lata nad Sekwaną” ufundowanych przez wydawnictwo Nasza Księgarnia. Zaglądajcie na naszą stronę. Inne konkursy

Agnieszka Błotnicka
Tamtego lata nad Sekwaną
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 17 lipca 2013

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16560 0
Zgaga po zdradzie http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16580 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16580#comments Mon, 29 Jul 2013 03:17:36 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16580 „Zgaga” Nory Ephron, wkrótce po pierwszym wydaniu w 1983 roku, doczekała się statusu powieści kultowej. Przyczyna? Bardzo prosta: to jedna z nielicznych książek traktujących temat zdrady z humorem i dystansem. Zero patosu i dramatyzowania, a rezultat budujący.

Fabuła „Zgagi” jest prosta. Ona go kocha, mają jedno dziecko, a drugie w drodze. On też kochał i było wspaniale. Do czasu gdy pod bokiem żony poznał inną i zakochał się do szaleństwa w tej drugiej. Co może zrobić żona? Co powinna? Czy inteligentna kobieta może się poniżać udając, że wszystko jest w porządku? Wybaczyć jemu niewierność, a sobie fakt, że niczego wcześniej nie dostrzegła? Że była tak naiwna i zapatrzona w niego iż umykało jej kłamstwo za kłamstwem? Pytań jest mnóstwo, są i odpowiedzi, bo chociaż to powieść niewielka objętościowo, to obfita w treści.

W latach 80-tych Nora Ephron, która na kartach „Zgagi” sportretowała własne zmagania z niewiernym mężem, Carlem Bernsteinem, dziennikarzem Washington Post znanym z odkrycia afery Watergate, stała się w USA obiektem uwielbienia rzesz czytelników. W trzy lata po premierze książki wszedł do kin film na jej postawie z udziałem Meryl Streep i Jacka Nicholsona w rolach głównych. Scenariusz Nora Ephron napisała samodzielnie, wyreżyserował Mike Nichols. Sukces filmu stał się pokłosiem sukcesu książki.

Jedno i drugie w pełni uzasadnione. Nie tylko chwytliwy temat miał wpływ na ten stan rzeczy, ale przede wszystkim jego przedstawienie. Ironiczne, podszyte humorem, pozbawione ckliwo-łzawej otoczki. Drugiej takiej książki o zdradzie próżno szukać. „Zgaga” jest jedyna w swoim rodzaju. I jeszcze, jakby tych zalet było mało, jest poprzetykana przepisami na różne dania, bo jej główna bohaterka Rachel Samstat to autorka książek kulinarnych. Cierpi, walczy z myślami i gotuje.

„Zgaga” ostatnimi laty była w Polsce dość trudno dostępna. Wydanie z tego roku („Prószyński i S-ka”) zapełniło tę lukę i bardzo dobrze, bo to książka na wskroś aktualna i zapewne wielu czytelników po nią sięgnie. Polecam!

Wanda Pawlik

Nora Ephron
Zgaga
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 4 lipca 2013

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16580 0
Konkurs: Joyland http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16551 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16551#comments Fri, 26 Jul 2013 11:19:03 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16551 Joyland konkurs„Joyland” to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak „Zielona Mila” czy „Skazani na Shawshank”. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka powieść o dojrzewaniu, która poruszy serce nawet najbardziej cynicznego czytelnika.

Oczami studenta Devina Jonesa obserwujemy zmieniające się Stany Zjednoczone, mentalność, obyczajowość, normy społeczne. Paradę typów ludzkich, zmagania z upływającym czasem, osobiste rozterki bohatera. Ten pejzaż wypada o tyle dobrze, co nieoczekiwanie.

***

Dla naszych czytelników mamy do rozlosowania pięć egzemplarzy książki Joyland ufundowane przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy odpowiedzieć prawidłowo na pytanie konkursowe:
Kto prowadził rozmowę kwalifikacyjną z głównym bohaterem przed przyjęciem do pracy w parku rozrywki?
Podpowiedź znajdziesz w zapowiedzi książki.

Jak wygrać książkę?

W losowaniu książek wezmą udział maile nadesłane na adres:
konkurs@modnykrakow.pl

z podanym w tytule maila hasłem „Joyland”.

W treści maila proszę podać:
- imię i nazwisko
- adres, na który prześlemy książki w razie wygranej
- odpowiedź na pytanie konkursowe

Termin nadsyłania zgłoszeń: 2 sierpnia godz 20:00
Rozstrzygnięcie konkursu: 2 sierpnia godz. 23

Biorąc udział w konkursie uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych w zakresie niezbędnym do przeprowadzenia konkursu. Po rozstrzygnięciu konkursu dane uczestników nie będą przechowywane.

AKTUALIZACJA:

Spośród wszystkich maili zawierających prawidłową odpowiedź na pytanie konkursowe wylosowaliśmy osoby, które otrzymają książkę „Joyland”. Oto one:

Karolina Dudkowiak
Marek Leoniuk
Jacek Połć
Dominika Jasińska
Jacek Wiślicki

Laureatom gratulujemy!

Prawidłowa odpowiedź na pytanie konkursowe:
Fred Dean

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16551 0
Odtrutka na optymizm http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16538 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16538#comments Thu, 25 Jul 2013 06:57:27 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16538 Najobszerniejsze na świecie wydanie opowiadań Petera Wattsa – laureata prestiżowej nagrody HUGO.

Zapowiedź

Odtrutka na optymizm- Między Polską i mną coś po prostu jest. Mam wydania w siedemnastu językach, nagrody w czterech krajach, a nominacje pewnie w dwa razy tylu. Z jakiegoś powodu jednak to w Polsce jestem najbardziej obecny. To w Polsce zdobyłem pierwszą nieanglojęzyczną nagrodę. MAG był jednym z pierwszych wydawnictw na świecie, które wydało „Ślepowidzenie”. Przez lata robili ze mną wywiady goście z kilkunastu krajów, ale w Polsce mam comiesięczny felieton. Podróżowałem w czapeczce pisarza do Norwegii, Szwecji, Francji, Niemiec i Australii (a także Finlandii i Rosji, zależy kiedy ukazują się te słowa) – lecz tylko w Polsce byłem dwukrotnie w jednym roku. – mówi Peter Watts.

- Doskonale więc pasuje, że to polski wydawca publikuje najobszerniejsze wydanie moich opowiadań w jakimkolwiek języku. Amerykański zbiór to raczej składanka przebojów, hiszpański – minizbiorek pięciu opowiadań. A o kanadyjskim to w ogóle lepiej nie mówić). Natomiast „Odtrutka na optymizm” zawiera wszystkie moje opowiadania, wydane do roku 2011, poza jednym (to się zresztą nie liczy, bo „Nisza” to tak naprawdę początek powieści „Rozgwiazda”).

Peter Watts
Odtrutka na optymizm
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Wydawnictwo MAG
Premiera: 3 lipca 2013

 

Fragment


Wyspa
(fragment)

Jesteśmy jaskiniowcami. Jesteśmy Starożytni, Przodkowie, robole-budowlańcy. Tkamy wasze pajęcze sieci, budujemy magiczne bramki, z prędkością sześćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę nawlekamy kolejne ucha igielne. Nigdy nie stajemy. Nie śmiemy nawet zwolnić, aby światło waszego nadejścia nie zmieniło nas w plazmę. To wszystko dla was. To wszystko po to, żebyście mogli skakać z gwiazdy na gwiazdę, nie brudząc sobie stóp w tych nieskończonych, pustych ugorach pomiędzy nimi.
Naprawdę to tak wiele, prosić, żebyście od czasu do czasu z nami pogadali?
Wiem, ewolucja, inżynieria. Wiem, jak bardzo się zmieniliście. Widziałem, jak te portale rodzą bogów, demony, istoty, których nawet nie jesteśmy w stanie zrozumieć – w przypadku niektórych trudno wręcz uwierzyć, że kiedyś były ludźmi – a może to obcy jadą sobie autostopem po szynach, które zostawiliśmy. Może to obcy zdobywcy.
A może eksterminatorzy.

Widziałam także portale, które trwają ciemne i puste aż znikną nam z oczu. Domyślaliśmy się z tego wymierania, wieków mroku, cywilizacji wypalonych do fundamentów i innych powstających z popiołów – a czasami potem zdarza się, że statki, które z nich wychodzą, przypominają trochę statki, które myśmy mogli niegdyś budować. Gadają do siebie – radiem, laserem, falą neutrinową – i czasem ich głosy brzmią trochę jak nasze. Był czas, gdy śmieliśmy mieć nadzieję, że naprawdę są tacy jak my, że koło wykonało pełen obrót i dało z powrotem istoty, z którymi moglibyśmy się porozumieć. Straciłam już rachubę, ile razy próbowaliśmy przełamać te lody.
Straciłam już rachubę eonów, jakie upłynęły, odkąd zrezygnowaliśmy.

Zostawiliśmy za sobą tyle tych iteracji. Hybrydy, posthumanoidy, nieśmiertelni, bogowie, katatoniczni jaskiniowcy uwięzieni w magicznych rydwanach, których w ogóle nie ogarniają rozumem – i żaden z nich nie wycelował w nas lasera łącznościowego, żeby powiedzieć choćby: „Cześć, jak leci?” albo: „Wiecie co, chłopaki? Znaleźliśmy lekarstwo na chorobę damasceńską!” czy nawet: „Dzięki, chłopaki, róbcie tak dalej”.
Nie jesteśmy, kurna, jakimś kultem cargo. Jesteśmy fundamentem waszego pieprzonego imperium. Gdyby nie my, w ogóle by was tu nie było.
A jeszcze… jesteście naszymi dziećmi. Czymkolwiek się staliście, kiedyś byliście jak my, jak ja. Kiedyś w was wierzyłam. Był czas, dawno temu, gdy wierzyłam w tę misję całym swoim sercem.
Czemuście nas opuścili?

***

A więc zaczyna się kolejna budowa.
Tym razem, otwierając oczy, widzę znajomą twarz, której nigdy dotąd nie widziałam: młody chłopak, fizjologicznie może dwadzieścia parę lat. Twarz ma trochę asymetryczną, lewa kość policzkowa trochę bardziej płaska niż prawa. Za duże uszy. Wygląda prawie na naturalsa.
Nie odzywałam się od tysięcy lat. Z gardła wydobywa mi się szept:
– Kto ty jesteś? – Nie o to powinnam pytać, wiem. Nie powinno to być pierwsze pytanie nikogo, kto budzi się na Eriophorze.
– Jestem twój – mówi, i proszę, pstryk i jestem matką.
Chciałabym mieć czas, żeby to do mnie dotarło, ale nie daje mi szansy:
– Nie było cię w grafiku, ale Szymp chce mieć jedną więcej osobę na pokładzie. Jest problem z następną budową.
Czyli szymp dalej rządzi. Szymp rządzi cały czas. Misja trwa, jak trwała.
– Problem? – pytam.
– Scenariusz potencjalnego kontaktu, jak się zdaje.
Myślę o tym, kiedy on się mógł urodzić. Zastanawiam się, czy on się kiedykolwiek zastanawiał nade mną – czy dopiero teraz.
Nie mówi mi tego. Mówi tylko:
– Słońce przed nami. Pół roku świetlnego. Szymp myśli, że ono coś do nas mówi. W każdym razie… – Mój… syn wzrusza ramionami. – Pośpiechu nie ma. Masa czasu.

Kiwam głową, on jednak się waha. Czeka na Wielkie Pytanie, ja jednak już widzę w jego twarzy odpowiedź. Nasi następcy mieli być nieskazitelni, mieli być zbudowani z idealnych genów ukrytych głęboko w żelazowo-bazaltowym płaszczu Eri, bezpiecznych przed przesuniętym ku błękitowi promieniowaniem. A ten chłopak ma przecież wady. Widzę te poodwracane punktowo pary zasad, niosące się rezonansem ze skali mikroskopowej i nadające mu ten trochę krzywy, trochę zwichrowany wygląd. Wygląda, jakby wychował się na planecie. Jakby jego rodziców przez całe życie tłukły niefiltrowane promienie słońca.
Jakże daleko musimy już być, skoro nawet nasze idealne cegiełki tak się zdegenerowały? Jak daleko nas zaniosło?
Jak długo ja nie żyłam?
Jak długo? To jest pierwsze pytanie, które każdy zadaje.
Ale minęło tyle lat, że ja wcale nie chcę wiedzieć.

***

Gdy przychodzę na mostek, siedzi sam przy taktanku, z oczyma pełnymi ikonek i trajektorii. Niewykluczone, że widzę tam i trochę siebie.
– Nie dosłyszałam, jak masz na imię – mówię, choć sprawdziłam je w rejestrze statku. Ledwo co się poznaliśmy, a już mu kłamię.
– Dix. – Nie odrywa oczu od taktanku.
Ma ponad dziesięć tysięcy lat, a przeżył z tego może dwadzieścia. Ciekawe, ile wie, kogo poznał w tym rozproszonym życiu. Zna Ishmaela albo Connie?
Zastanawiam się nad tym, ale nie pytam. Są pewne zasady.
Rozglądam się.
– Tylko my?
Dix kiwa głową.
– Na razie tak. Jak potrzebujesz, to obudź więcej. Ale…
– Co?
– Nic.
Dołączam do niego przy tanku. Wiszą w nim półprzezroczyste woale, jak zestalony, pooznaczany kolorami dym. Jesteśmy na skraju obłoku pyłowego. Ciepłego, na wpół organicznego, bogatego w surowce: formaldehyd, glikol etylenowy, różne typowe prebiotyki. Dobre miejsce na szybką budowę. Pośrodku tanku żarzy się słabo czerwony karzeł. Szymp nazwał go DHF428, z powodów, które dawno przestały mnie obchodzić.
– No to mów, co się dzieje – odzywam się.
Rzuca mi niecierpliwe, nawet poirytowane spojrzenie.
– Następny.
– Co następny?
– Tak jak inni. Przy innych budowach. Szymp może wypluć wszystkie dane techniczne, ale oni chcą cały czas gadać.
Cholera, faktycznie, on jest cały czas podłączony.
Zmuszam się do uśmiechu.
– Taka… kulturowa tradycja, wiesz? Gadamy o różnych rzeczach i to pomaga w… integracji. Po długim wyłączeniu.
– Ale to takie wolne – skarży się Dix.
On nie ma pojęcia. Czemu?
– Mamy jeszcze pół roku świetlnego – zauważam. – Śpieszymy się jakoś?
Drga mu kącik ust.
– Vony poszły zgodnie z planem. – Na komendę, w tanku zapala się grupka migotliwych fioletowych iskierek, pięć bilionów kilosów przed nami. – Dalej na ogół zasysają pył, ale trafiły też parę sporych asteroid i rafinerie uruchomiły się trochę wcześniej. Pierwsze elementy już są wygenerowane. I wtedy Szymp zobaczył te fluktuacje mocy słońca, głównie w podczerwieni, ale trochę zachodzą na widzialne.
Tank mruga do nas: pokazuje karła poklatkowo.
I faktycznie: on migocze.
– Rozumiem, że są nieprzypadkowe?
Dix przechyla odrobinę głowę, nie potakując.
– Daj szereg czasowy. – Nigdy nie pozbyłam się tego nawyku, żeby, mówiąc do szympa, odrobinę podnosić głos. AI posłusznie (Posłusznie. To dopiero jest żart) wymazuje gwiazdobraz i zastępuje go czymś takim:

••••• • • • • • • • • • • • • • • • • •
– Powtarzający się ciąg – mówi Dix. – Impulsy są takie same, a odstępy rosną logarytmicznie, cykl zamyka się w 92,5 korsekundy. Każdy cykl zaczyna się od 13,2 piku na korsekundę, a potem zwalnia.
– Jakaś szansa, żeby to było naturalne? Mała czarna dziurka kołysząca się pośrodku gwiazdy albo coś takiego?
Dix kręci głową lub coś w tym stylu: ukosem pochyla podbródek, co mimo wszystko sygnalizuje przeczenie.
– Za prosty sygnał, żeby przekazać jakieś informacje. To nie rozmowa. To raczej… krzyk.
Ma trochę racji. Dużo informacji w tym nie ma, ale to, co jest, w sam raz wystarcza. Jesteśmy tu. Jesteśmy inteligentni. Jesteśmy na tyle potężni, że umiemy, kurna, podpiąć całą gwiazdę do ściemniacza.
Może to wcale nie jest takie dobre miejsce na budowę.

Zaciskam usta.
– To słońce nas przyzywa. To chcesz powiedzieć.
– Może. Kogoś przyzywa. Ale na sygnał typu Rosetta to jest zbyt proste. Nie jest to też archiwum, nie daje się rozpakować. Ani to Bonferroni, ani Fibonacci, ani pi. Nawet nie tabliczka mnożenia. Wspólnego języka nie da się na tym oprzeć.
Niemniej jednak. Sygnał od inteligencji.
– Potrzeba więcej informacji – dodaje Dix, mistrz oczywistej oczywistości.
Kiwam głową.
– Vony.
– No… co vony?
Ustawimy je w siatkę. Zasymulujemy jedno porządne oko z masy kiepskich. Szybciej niż posłać tam stąd jakieś obserwatorium, z dużym przyśpieszeniem, albo zaadaptować którąś z przetwórni.
Oczy mu się rozszerzają. Przez chwilę ma niemal przerażoną minę. Chwila jednak mija i znów tak dziwacznie kręci głową.
– To nam nie zużyje zasobów przeznaczonych do budowy?
– Zużyje – zgadza się szymp.
Powstrzymuję prychnięcie.
– Szymp, skoro tak się boisz o nasze budowlane normy, to dolicz sobie ryzyko spowodowane przez inteligencję, która jest na tyle mocna, że potrafi sterować produktem energetycznym całego słońca.
– Nie umiem – przyznaje. – Mam za mało informacji.
– W ogóle nie masz informacji. O czymś, co, gdyby zechciało, mogłoby rozwalić naszą misję na miejscu. To może trochę sobie zbierzemy, co?
– Dobra, dobra. Do vonów poszły nowe instrukcje.
Na pobliskiej grodzi zapala się sygnał potwierdzenia – w pustkę poszedł skomplikowany zestaw poleceń do tańca. Za sześć miesięcy setka samopowielających się robotów wtańczy się na pozycje w zaimprowizowanej macierzy obserwacyjnej; kolejne cztery miesiące i może będziemy mieli jakiś materiał do debatowania, nie tylko próżnię.
Dix patrzy na mnie, jakbym właśnie rzuciła magiczne zaklęcie.
– Statek może i umie prowadzić – mówię mu – ale poza tym jest durny jak cep. Czasem trzeba mu wytłumaczyć dużymi literami.
Robi lekko urażoną minę, ale zaskoczenie pod spodem jest nie do pomylenia. Nie wiedział tego. On tego naprawdę nie wiedział.
To kto go, kurna, przez ten cały czas wychowywał? Czyj to problem?
Nie mój.
– Zawołaj mnie za dziesięć miesięcy – mówię. – Idę z powrotem spać.

***

Wygląda, jakby w ogóle się stamtąd nie ruszał. Gramolę się na mostek, a on tam stoi i gapi się w taktyczny. Tank wypełnia DHF428, opuchnięta czerwona kula zmieniająca twarz mojego syna w diabelską maskę.
Rzuca mi sekundowe spojrzenie, oczy ma wytrzeszczone, palce drgają jak pod prądem.
– Vony tego nie widzą.
Jeszcze jestem trochę nieprzytomna po rozmrożeniu.
– Czego nie…
– Tego ciągu! – Jest bliski paniki. Kołysze się, przestępując z nogi na nogę.
– Pokaż.
Taktyczny rozdziela się w połowie. Przede mną płoną teraz dwa sklonowane czerwone karły, każdy mniej więcej dwa razy większy od mojej pięści. Po lewej, widok z Eri: DHF428 pulsuje tak jak przedtem, tak jak zapewne robił to dziesięć miesięcy temu. Po prawej, widok z oka złożonego – z siatki do interferometrii zbudowanej z miriady dokładnie rozstawionych vonów, ich prymitywne oczka rozłożone warstwami, tak by, uwzględniając paralaksę, dać namiastkę wysokiej rozdzielczości. Po obu stronach kontrast został wygodnie podkręcony, by niekończące się migotanie karła było widoczne dla prostych ludzkich oczu.
Tylko że miga wyłącznie ten po lewej. Po prawej, 428 pali się równo jak znormalizowana świeca.
– Szymp, jest jakaś możliwość, żeby te fluktuacje były poniżej czułości siatki?
– Nie ma.
– Hm. – Próbuję wymyślić, dlaczego miałby skłamać.
– To się kupy nie trzyma – skarży się mój syn.
– Trzyma się – mruczę – jeśli to nie słońce migoce.
– Ale przecież migoce… – Zasysa powietrze przez zęby. – Widać, że mi… a, zaraz, ty myślisz, że coś jest za vonami? Między nimi a nami?
– Uhmmm.
– Jakiś taki filtr. – Dix rozluźnia się odrobinę. – Ale przecież powinniśmy go widzieć, nie? No i czy vony by się z nim nie zderzyły?
Przełączam się na szympa.
– Jakie pole widzenia ma w tej chwili przednie oko Eri?
– Osiemnaście mikrostopni – melduje szymp. – Na wysokości 428 stożek ma 3,34 sekundy świetlnej średnicy.
– Podkręć do stu.
Instrument optyczny Eri nabrzmiewa, dwa sprzeczne obrazy na moment znikają. Przez chwilę słońce znów rozciąga się na cały tank, zalewając mostek karmazynowym blaskiem. Potem kurczy się, jak pożarte od środka.
Zauważam na ekranie jakieś rozmycie.
– Da się wyczyścić ten szum?
– To nie szum – melduje szymp. – To pył i gaz molekularny.
Mrugam.
– Gęstość?
– Szacunkowo sto tysięcy atomów na metr sześcienny.
Dwa rzędy wielkości za dużo, nawet jak na mgławicę.
– A czemu taki ciężki? – Nie ma mowy, żebyśmy nie wykryli studni grawitacyjnej na tyle silnej, żeby trzymać w kupie taką ilość materii.
– Nie wiem – odpowiada szymp.
Mam nieprzyjemne przeczucie, że ja chyba wiem.
– Ustaw pole widzenia na pięćset sekund. Pokoloruj ze szczytem w bliskiej podczerwieni.
Kosmos w tanku robi się obrzydliwie mulisty. Maleńkie słoneczko pośrodku, wielkości paznokcia kciuka, żarzy się o wiele jaśniej: rozżarzona perła w mętnej wodzie.
– Daj tysiąc – rozkazuję.
– Jest – szepcze Dix.
Na brzegach obrazu w tanku pojawia się prawdziwa próżnia, ciemna, czysta, dziewicza. 428 gnieździ się pośrodku rozmytej, sferycznej chmury. Trafia się czasami na takie, porzucone pozostałości, oddzielone od swoich macierzystych gwiazd, których konwulsje pluły gazem i promieniowaniem na całe lata świetlne. Ale 428 to nie pozostałość po nowej. To jest czerwony karzeł, stateczny, w średnim wieku. Niczym się nie wyróżnia.

Z wyjątkiem faktu, że siedzi dokładnie pośrodku rzadkiego gazowego bąbla, mającego 1,4 au średnicy. Oraz faktu, że ten bąbel się nie rozprasza, nie rozwiewa i nie przechodzi płynnie w próżnię. Nie, jeśli z naszym ekranem nie jest coś poważnie nie tak, ta mała, kulista mgławiczka rozciąga się na około 350 sekund świetlnych od środka, a potem się urywa, a krawędź ma ostrzejszą, niż pozwala natura.
Po raz pierwszy od tysiącleci tęsknię za łączem korowym. Wystukanie haseł wyszukiwania na klawiaturze w głowie, ruchami sakadycznymi oczu, trwa całe wieki – a wszystko to po to, żeby dostać odpowiedź, którą już znam.
Wracają liczby.
– Szymp. Daj pseudokolor ze szczytami w 335, 500 i 800 nanometrów.
Woal wokół 428-ki rozświetla się niczym skrzydło ważki albo opalizująca bańka mydlana.
– Piękny – szepcze z zachwytem mój syn.
– On fotosyntetyzuje – wyjaśniam mu.

***

Według widma, to feofityna i eumelanina. Są nawet ślady jakiegoś ołowiowego barwnika Keippera, absorbującego promieniowanie rentgenowskie w paśmie pikometrowym. Szymp rzuca hipotezę o czymś, co nazywa się chromatoforami: rozgałęziające się komórki z drobinami barwnika w środku, jak pył węglowy. Kiedy są zbite razem, komórka jest niemal przezroczysta; ale jeśli rozproszyć je w cytoplazmie, cała konstrukcja ciemnieje i pochłania idącą z drugiej strony emisję. Podobno na Ziemi były zwierzęta z takimi komórkami. Potrafiły zmieniać kolor, dopasowywać się ubarwieniem do tła, tego typu rzeczy.
– Czyli wokół tej gwiazdy jest błona żywej tkanki – mówię, próbując to ogarnąć wyobraźnią. – Taki białkowy balon. Wokół całej pieprzonej gwiazdy.
– Tak – mówi szymp.
– Ale to… Boże, ile by to musiało mieć grubości?
– Nie więcej niż dwa milimetry. Prawdopodobnie mniej.
– Skąd wiesz?
– Gdyby było dużo grubsze, bardziej rzucałoby się w oczy w paśmie widzialnym. No i von Neumanny coś by wykryły przy zderzeniu.
– Zakładając, że te… komórki, chyba… tego czegoś są podobne do naszych.
– Barwniki wyglądają znajomo, reszta też może być podobna.
Za bardzo podobna to ona być nie może. W takim środowisku żaden normalny gen nie przeżyłby dwóch sekund. Nie mówiąc już o tym, jakiego magicznego rozpuszczalnika używa, który nie zamarza w tych warunkach.
– No dobra, załóżmy sobie, konserwatywnie, że ma średnio milimetr grubości. Załóżmy gęstość wody w warunkach standardowych. Ile to będzie ważyło?
– 1,4 jottagrama – odpowiadają chórem szymp i Dix.
– Czyli, eee…
– Połowa masy Merkurego – dodaje pomocnie szymp.
Gwiżdżę przez zęby.
– I to jest jeden organizm?
– Tego jeszcze nie wiadomo.
– Ma barwniki organiczne. Kurwa, gada przecież. Jest inteligentny.
– Większość cyklicznych emisji z organizmów żywych to proste biorytmy – zauważa szymp. – A nie inteligentne sygnały.
Nie zwracam na niego uwagi i odzywam się do Dixa:
– Załóżmy, że to sygnał.
Marszczy brwi.
– Szymp mówi…
– Załóżmy. Użyj wyobraźni.
Nie docieram do niego. Robi się nerwowy.

Uświadamiam sobie, że ciągle taki jest.
– A gdyby ktoś przysyłał ci sygnał – mówię – to co byś wtedy zrobił?
– Sygnał… – dezorientacja na twarzy i przeskakujący gdzieś obwód logiki rozmytej – …odpowiedź bym wysłał?
Mój syn jest debilem.
– A jeśli przychodzący sygnał ma postać regularnych zmian w intensywności światła, to jak byś…
– Użyłbym laserów BI, dał impuls na przemian w 700 i 3000 nanometrów. Taki naprzemienny sygnał da się łatwo wzmocnić do rzędu eksawatów, nie niszcząc naszych osłon; po dyfrakcji byłoby z tysiąc watów na metr kwadratowy. Na pewno spokojnie powyżej progu postrzegania czegoś, co wyczuwa promieniowanie cieplne czerwonego karła. A treść nie ma znaczenia, skoro to tylko okrzyk. Odpowiedź. Sprawdzenie, czy będzie echo.
No dobra. Mój syn jest debilem-sawantem.
I dalej ma nieszczęśliwą minę…
– Ale szymp, on mówi, że w tym nie ma żadnej informacji, prawda?
Na czoło znów wysuwa mi się ten drugi zestaw wątpliwości. Mówi „on”.
Dix bierze moje milczenie za amnezję.
– Za prosty, pamiętasz? Prosty ciąg impulsów.
Kręcę głową. W tym sygnale jest więcej informacji, niż szymp sobie wyobraża. O tylu rzeczach nie ma pojęcia. A ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, to żeby ten dzieciak się do niego odwoływał, miał go za równego sobie, albo, Boże broń, za mentora.
No tak, jest wystarczająco inteligentny, żeby sterować statkiem między gwiazdami. Dość bystry, żeby w okamgnieniu wyliczać milioncyfrowe liczby pierwsze. Nawet na tyle sprytny, żeby stać go było na odrobinę prymitywnej improwizacji, gdyby załoga zanadto odeszła od celu misji.
Ale za głupi, żeby poznać wołanie o pomoc.
– To charakterystyka ruchu opóźnionego – mówię do nich. – Cały czas zwalnia. W kółko i od nowa. To jest przekaz.
Stać. Stać. Stać.
I pewnie jest adresowany do nikogo innego, tylko do nas.
***
]]> http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16538 0 Niewidzialny most http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16546 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16546#comments Thu, 25 Jul 2013 05:15:22 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16546 Poruszająca historia rodziny rozbitej i ponownie zjednoczonej w najmroczniejszej godzinie wojny. Powieść o miłości wystawionej na ciężką próbę, o żydowskiej rodzinie walczącej o przetrwanie i trzech braciach, których łączy szczególnie silna więź.

Zapowiedź


niewidzialny mostZimnym porankiem 1937 roku młody i utalentowany Andras Lévi wyrusza do Paryża. Mimo obaw i oporów przed rozstaniem z rodziną wie, że musi opuścić Budapeszt, aby zrealizować swoje ambicje i marzenia w wielkim świecie. Do Francji zawozi potajemnie list, który ma doręczyć w Paryżu.

Tajemniczym adresatem okazuje się nauczycielka baletu Klara. Andras i Klara, mimo dzielących ich różnic, szaleńczo się w sobie zakochują. Ich namiętny związek pełen jest jednak komplikacji. Gdy poznają się bliżej, Klara wyjawia kochankowi swój mroczny sekret. Życie młodego mężczyzny wkracza w zupełnie nowy etap.

Tuż przed wybuchem wojny para wraca na Węgry. Andras trafia do obozu pracy przymusowej. Paryskie życie jawi mu się jako odległy sen. Jednak związek z Klarą daje mu siłę konieczną, by przetrwać w nieludzkich warunkach na Ukrainie. Przy życiu trzyma go nadzieja na powrót do domu.

Julie Orringer
Niewidzialny most
Przekład: Agnieszka Mitraszewska Nina Dzierżawska
Wydawnictwo Czarna Owca
seria: Szmaragdowa
Premiera: czerwiec 2013

 

Fragment


Rozdział pierwszy
List

Później miał jej opowiadać, że ich historia zaczęła się w Węgierskiej Operze Królewskiej w przededniu jego wyjazdu Ekspresem Zachodnioeuropejskim do Paryża. Był rok 1937, wrzesień, wyjątkowo jak na tę porę roku zimny wieczór. Brat koniecznie chciał go zabrać do opery w ramach prezentu pożegnalnego. Wystawiano Toscę, miejsca mieli na galerii. Nie dla nich marmurowe łuki jednego z trzech wejść frontowych, korynckie kolumny i belkowanie heroicznej fasady budynku. Im przypadło skromne boczne wejście, bileter o czerwonej twarzy, wytarta drewniana podłoga, ściany przyozdobione zniszczonymi operowymi afiszami. Dziewczęta w sukienkach do kolan wspinały się na schody pod rękę z mężczyznami w wyświeconych garniturach; emeryci spierali się z siwymi żonami, gramoląc się do góry wąską klatką schodową. Na górze było wesoło i gwarno: podawano napoje w salonie z lustrami i drewnianymi ławkami ustawionymi wzdłuż ścian, powietrze gęstniało od papierosowego dymu.

Drzwi na drugim końcu pomieszczenia wychodziły na salę koncertową, olbrzymią, jarzącą się światłami jaskinię z sufitowym freskiem przedstawiającym greckich bogów i rzędami pozłacanych foteli. Andras nie spodziewał się, że kiedykolwiek zobaczy budapeszteńską operę, i pewnie by się tu nie znalazł, gdyby Tibor nie kupił biletów. Tibor uważał jednak, że życie w Budapeszcie musi oznaczać przynajmniej jeden wieczór z Puccinim w Operaház. Wychylił się z galerii, by pokazać Andrasowi lożę admirała Horthy’ego, w której siedział tego wieczoru tylko jakiś sędziwy generał w husarskim mundurze. Na samym dole widać było, jak bileterzy w smokingach prowadzą widzów do ich miejsc. Mężczyźni byli w strojach wieczorowych, a we włosach kobiet błyszczały klejnoty.
– Gdyby tylko Mátyás mógł to zobaczyć – powiedział Andras.
– Zobaczy, Andráska. Przyjedzie do Budapesztu po maturze i po roku będzie miał go dość.

Andras musiał się uśmiechnąć. Obaj z Tiborem przeprowadzili się do Budapesztu po ukończeniu gimnazjum w Debreczynie. Wychowali się w Konyárze, maleńkim miasteczku na wschodnich równinach, i im także stolica wydawała się kiedyś pępkiem świata. Teraz Tibor chciał jechać na studia medyczne do Włoch, a Andras, który spędził tu tylko rok, wybierał się na studia do Paryża. Nim przyszły wieści z École Spéciale d’Architecture, wszyscy myśleli, że to Tibor wyjedzie pierwszy. Przez ostatnie trzy lata pracował jako sprzedawca w sklepie z butami na Váci utca, odkładając pieniądze na studia i ślęcząc nad podręcznikami do medycyny z takim zapamiętaniem, jakby od tego zależało jego życie. Gdy rok wcześniej Andras się do niego przeprowadził, wyglądało na to, że wyjazd Tibora wkrótce dojdzie do skutku.

Zdał już egzaminy i złożył papiery do szkoły medycznej w Modenie. Myślał, że formalności na uczelni i wiza zajmą pół roku. Tymczasem szkoła medyczna w Modenie umieściła go jako cudzoziemca na liście oczekujących i poinformowała, że może upłynąć nawet rok lub dwa, nim zostanie przyjęty. Tibor ani razu nie wspomniał o własnej sytuacji, odkąd Andras dowiedział się o swoim stypendium, nie okazał też ani szczypty zazdrości. Kupił za to bilety do opery i pomógł bratu wszystko zaplanować. Gdy przygasły światła i orkiestra zaczęła stroić instrumenty, Andrasa ogarnął wstyd: choć wiedział, że winszowałby Tiborowi, gdyby ich role się odwróciły, podejrzewał jednak, że nie zdołałby ukryć zazdrości.

Z bocznych drzwi kanału dla orkiestry wyłonił się w świetle reflektorów wysoki, żylasty mężczyzna o włosach jak białe płomienie. Gdy wchodził na podium, wśród publiczności rozległy się okrzyki zachwytu. Musiał aż trzy razy się ukłonić i podnieść ręce w geście poddania, nim wszyscy zamilkli; następnie odwrócił się ku orkiestrze i uniósł pałeczkę. Po chwili przenikliwej ciszy smyczki i instrumenty dęte wybuchły kaskadą dźwięków, które zalały pierś Andrasa, wypełniając ją tak, że prawie nie mógł oddychać. Aksamitna kurtyna poszła w górę i ukazało się wnętrze włoskiej katedry, oddane wiernie, z najdrobniejszymi szczegółami. Z witraży sączyło się bursztynowe i lazurowe światło, a niedokończony fresk przedstawiający Marię Magdalenę jak duch przezierał z jednej ze ścian.

Człowiek w pasiastym więziennym ubraniu wkradł się do kościoła i ukrył w jednej z ciemnych kaplic. Potem pojawił się malarz, by pracować nad freskiem, a tuż za nim zakrystianin, który najwyraźniej próbował skłonić malarza do uporządkowania pędzli i szmat przed kolejną mszą. Następnie wkroczyła diwa Tosca, pozująca malarzowi do fresku Marii Magdaleny. Szeroka karminowa spódnica omiatała kostki jej nóg. Popłynęły pieśni, wypełniając Operaház aż po zdobiony plafon na suficie: w roli malarza Cavaradossiego tenor o miękkim brzmieniu klarnetu, dojrzały bas uciekiniera Angelottiego, ciepły, morelowy sopran węgierskiej diwy Zsuzsy Toronyi w roli Toski. Dźwięk był tak solidny, tak namacalny, że Andrasowi wydawało się, że mógłby wychylić się z galerii i łapać go garściami. Sam budynek opery staje się instrumentem, pomyślał, architektura dopełnia brzmienia dźwięku, rozszerza jego zasięg, wzmacnia go i ogarnia.
– Nigdy tego nie zapomnę – szepnął do brata.
– Spróbowałbyś tylko – odparł Tibor. – Spodziewam się, że ty też weźmiesz mnie do opery, gdy cię odwiedzę w Paryżu.

W czasie przerwy pili w salonie z lustrami kawę w małych filiżankach i spierali się o treść opery. Czy niechęć malarza do zdrady przyjaciela była dowodem pozbawionej egoizmu lojalności, czy aktem pychy i brawury? Czy jego wytrzymałość na późniejsze tortury powinna być odczytana jako sublimacja namiętności do Toski? Czy Tosca byłaby w stanie ugodzić nożem barona Scarpię, gdyby jej zawód śpiewaczki operowej nie podsunął jej tego melodramatycznego rozwiązania? Ta dyskusja sprawiała Andrasowi słodko-gorzką przyjemność. Jako mały chłopiec godzinami słuchał debat Tibora z przyjaciółmi na tematy filozoficzne, literackie czy sportowe. Zawsze pragnął, by wreszcie nadszedł dzień, w którym i on powie coś, co brat uzna za zabawne lub przenikliwe. Teraz, gdy stali się sobie równi, Andras miał wyjechać, wsiąść do pociągu, który wywiezie go setki kilometrów stąd.

– Co ci jest? – zapytał Tibor, kładąc dłoń na ramieniu brata.
– To ten dym papierosowy – odparł Andras i zakaszlał, odwracając wzrok. Poczuł ulgę, gdy światła przygasły na znak, że przerwa dobiegła końca.
Po trzecim akcie, gdy kurtyna została podniesiona niezliczoną ilość razy, martwa Tosca i nieżywy Carvadossi cudownie ożyli, a zły Scarpia ze słodkim uśmiechem przyjął bukiet czerwonych róż, Andras i Tibor przepchnęli się do wyjścia i zaczęli schodzić po zatłoczonych schodach. Na zewnątrz blado świeciły gwiazdy, konkurując z łuną miasta. Tibor wziął brata pod rękę i poprowadził go do frontowego wejścia od strony alei Andrássyego, gdzie spod trzech wspaniałych marmurowych łuków wylewała się publiczność z amfiteatru i elegancko ubrani bywalcy lóż.
– Chciałbym ci pokazać główne foyer – powiedział Tibor. – Powiemy bileterowi, że coś zostawiliśmy.

Andras podążył za nim do głównego wejścia i dalej do oświetlonego kandelabrami holu, który oskrzydlały marmurowe schody wiodące na galerię. Schodzili po nich wieczorowo ubrani mężczyźni i kobiety, ale Andras widział tylko architekturę: rzeźbienia wzdłuż schodów, sklepienie krzyżowe, różowe kolumny korynckie, na których wspierała się galeria. Miklós Ybl, Węgier z Székesfehérváru, wygrał międzynarodowy konkurs na zaprojektowanie gmachu budapeszteńskiej opery. Andras dostał od ojca na ósme urodziny album z jego szkicami i wiele godzin spędził, studiując właśnie to wnętrze. Podczas gdy wychodząca publiczność płynęła obok, on patrzył na sklepienie, próbując przywołać z pamięci rysunki i pogodzić je z trójwymiarową rzeczywitością z takim zapamiętaniem, że prawie nie zauważył, gdy ktoś stanął przed nim i coś powiedział. Zamrugał oczami i zmusił się do skoncentrowania wzroku na osobie stojącej przed nim, potężnej kobiecie w sobolowym futrze, która sprawiała wrażenie, jakby stanął jej na drodze. Ukłonił się i usunął na bok.
– Nie, nie – zaprotestowała. – Jest pan dokładnie tam, gdzie powinien. Co za szczęście, że na pana wpadłam! Nigdy bym pana nie znalazła.

Próbował sobie przypomnieć, gdzie i kiedy mógł ją wcześniej spotkać. Jej dekolt zdobiła diamentowa kolia, a spod futra było widać różową jedwabną suknię. Ciemne włosy ułożyła w ciasne loczki. Wzięła go pod ramię i poprowadziła w stronę schodów frontowych.
– To pan był wtedy w banku, prawda? – zapytała. – Miał pan kopertę z frankami.
Teraz sobie przypomniał: to była Elza Hász, żona dyrektora banku. Andras spotkał ją kilka razy w synagodze na Dohány utca, gdzie czasami bywali z Tiborem w piątkowe wieczory. Tamtego dnia potrącił ją w holu banku; upuściła pasiaste pudło na kapelusze, a jemu wypadła na ziemię koperta z frankami. Koperta otworzyła się i wokół nich wysypały się różowo-zielone banknoty jak konfetti. Andras otrzepał pudło i podał je kobiecie, następnie patrzył, jak znikła za drzwiami z napisem „wstęp wzbroniony”.
– Wygląda pan na rówieśnika mojego syna – powiedziała teraz. – Sądząc po walucie, podejrzewam, że wybiera się pan na studia do Paryża.
– Jutro po południu.
– Chcę pana prosić o przysługę. Mój syn studiuje w Beaux-Arts i chciałabym dać panu paczkę dla niego. Czy to byłby duży kłopot?

Chwilę mu zajęło, nim odpowiedział. Zgoda na wzięcie paczki dla kogoś w Paryżu oznaczała, że naprawdę wyjeżdża, że opuszcza braci, rodziców i kraj, by zrobić krok w nieznane w Europie Zachodniej.
– Gdzie mieszka pani syn?
– W Dzielnicy Łacińskiej oczywiście – odparła ze śmiechem. – W skromnym mieszkaniu malarza na poddaszu, nie w pięknej willi jak Cavaradossi. Choć mówi, że ma bieżącą ciepłą wodę i widok na Panthéon. O, już mam samochód!
Do krawężnika podjechało szare auto i pani Hász zamachała na szofera.
– Proszę przyjść jutro przed południem. Benczúr utca dwadzieścia sześć.
Otuliła szyję futrzanym kołnierzem i pobiegła do samochodu, nie oglądając się na Andrasa.
– No i? – zapytał Tibor, który dogonił go na schodach frontowych. – Może byś mi powiedział, o co chodziło.
– Zostałem kurierem międzynarodowym. Madame Hász chce, żebym wziął do Paryża paczkę dla jej syna. Spotkaliśmy się w banku tego dnia, gdy wymieniałem pengő na franki.
– I zgodziłeś się?
– Tak.

Tibor westchnął, spoglądając na żółte tramwaje na bulwarze.
– Strasznie tu będzie nudno bez ciebie, Andráska.
– Bzdura. Moim zdaniem w ciągu tygodnia znajdziesz sobie dziewczynę.
– O tak, dziewczyny uwielbiają biednych sprzedawców butów.
Andras uśmiechnął się.
– No nareszcie i ty użalasz się nad sobą! Już zaczynało mnie denerwować, że jesteś taki wielkoduszny i zdystansowany.
– Ani trochę. Mógłbym zabić cię gołymi rękami za to, że jedziesz. Ale co by mi to dało? Żaden z nas by wtedy nie wyjechał.
Uśmiechnął się, lecz za okularami w srebrnych oprawkach jego oczy pozostały smutne. Wziął Andrasa pod rękę i pociągnął go w dół po schodach, nucąc fragment uwertury. Ich mieszkanie znajdowało się trzy ulice dalej, przy Hársfa utca. Gdy dotarli do drzwi, zatrzymali się jeszcze na chwilę. Niebo nad Operaház było bladopomarańczowe od świateł miasta, słychać było dzwonienie tramwajów z bulwaru. W półmroku Tibor wydawał się Andrasowi przystojny jak aktor filmowy, z kapeluszem na bakier, białym jedwabnym szalikiem przerzuconym przez jedno ramię. W tym momencie wyglądał jak człowiek gotowy na fascynujące i niekonwencjonalne życie. O wiele lepiej nadawał się do tego, by wysiąść z pociągu w obcym kraju i zająć tam należne mu miejsce. I wtedy Tibor mrugnął i wyciągnął klucze z kieszeni. W następnej chwili ścigali się już po schodach jak uczniaki z gimnazjum.

Pani Hász mieszkała blisko parku Városliget, z jego bajkowym zamkiem i wielkimi rokokowymi łaźniami na świeżym powietrzu. Jej kremowożółty dom na Benczúr utca, w stylu willi włoskiej, otaczały z trzech stron ukryte przed światem ogrody. Nad białym murem widoczne były tylko wierzchołki szpalerów drzew. Andras słyszał też plusk fontanny i zgrzyt grabi ogrodnika. Wydało mu się, że to nietypowe dla Żydów miejsce zamieszkania, lecz na futrynie drzwi dostrzegł przybitą gwoździami mezuzę – srebrny cylinder opleciony złotym bluszczem. Usłyszał stukot obcasów po marmurze i zgrzyt potężnego zamka. Służąca o srebrnych włosach otworzyła mu drzwi i zaprosiła go do środka. Znalazł się w zwieńczonym kopułą holu o różowej marmurowej podłodze, na intarsjowanym stoliku stała chińska waza z wiązanką kalii.
– Pani Hász jest w salonie – powiedziała służąca.
Podążył za nią przez hol i korytarz z łukowatym sklepieniem. Zatrzymali się przed drzwiami, przez które słychać było crescendo i decrescendo kobiecych głosów. Nie mógł zrozumieć słów, ale było dla niego jasne, że to kłótnia: jeden głos wspinał się coraz wyżej, aż umilkł; drugi, cichszy niż ten pierwszy, choć podniesiony, nalegał po swojemu.
– Proszę tu poczekać – poprosiła pokojówka i weszła do środka, by go zaanonsować.

Oba głosy starły się jeszcze na moment, jakby kłótnia miała coś wspólnego z Andrasem. Następnie pokojówka znów się pojawiła i wprowadziła gościa do wielkiego, jasnego pokoju, który pachniał tostami z masłem i kwiatami. Na podłodze leżały różowo-złote perskie dywany; białe adamaszkowe fotele współgrały z dwiema łososiowymi kanapami, a na niskim stoliku stał wazon żółtych róż. Pani Hász wstała z fotela w narożniku.
]]> http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16546 0 Pradawna stolica http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16532 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16532#comments Wed, 24 Jul 2013 08:01:47 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16532 Kolejny – szósty – tom przygód dwóch złodziei: Royce’a Melborne’a i Hadriana Blackwatera w świecie Elanu stworzonym przez Michaela J. Sullivana.

Zapowiedź


pradawna stolicaSpadkobierca Novrona został odnaleziony, wojny ustały, a architekci nowego imperium nie żyją. Powinien nastać czas pokoju i dobrobytu, ale skończył się Uli Vermar i nadciąga armia elfów, siejąc po drodze spustoszenie. Ludzkość i świat Elanu może ocalić jedynie starożytny przedmiot, lecz jego odzyskanie wymaga dotarcia do miasta, które zniknęło przed wiekami. Imperatorka Modina wysyła grupę starannie dobranych ludzi na niebezpieczną wyprawę do Percepliquisu…

Michael J. Sullivan (ur. 1961) – amerykański pisarz fantasy. Debiutował w 2008 roku powieścią „Królewska krew”, która rozpoczyna epicką serię o przygodach dwóch złodziei: Royce’a Melborne’a i Hadriana Blackwatera. Książka spotkała się z gorącym przyjęciem czytelników (była tłumaczona na sześć języków, ukazało się kilka wydań), co otworzyło drogę do opublikowania kolejnych części. W Polsce seria została wydana w czterech tomach – pierwszy, na który składają się powieści „Królewska krew” oraz „Wieża elfów”, ukazał się w 2011 roku. Historia została tak przemyślana, aby każdy tom stanowił zamkniętą całość.

Michael J. Sullivan
Pradawna stolica
Tłumaczenie: Edward Szmigiel
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 25 lipca 2013

 

Fragment

Rozdział 1
Dziecko

Miranda była pewna, że tak właśnie zacznie się koniec świata – nie będzie ostrzeżenia, ale wybuchnie pożar. Nocne niebo za nimi jarzyło się czerwienią, gdy płomienie i snopy iskier buchały w jego stronę. Płonął uniwersytet w Sheridanie. Miranda, która dźwigała ciężki tobołek i trzymała Mercy za rączkę, bała się, że zgubi dziewczynkę w ciemności. Uciekali od wielu godzin, biegnąc na oślep przez sosnowy las, przedzierając się między niewidocznymi gałęziami, pod którymi leżała gruba warstwa śniegu. Miranda brnęła przez zaspy sięgające jej powyżej kolan, torując drogę dziewczynce i staremu profesorowi.
– Idź dalej! Nie czekaj na mnie! – krzyknął Arcadius, nie mogąc za nimi nadążyć.
Miranda poruszała się najszybciej, jak potrafiła. Za każdym razem, gdy słyszała jakiś dźwięk lub zdawało się jej, że widzi czyjś cień, siłą woli powstrzymywała się, żeby nie krzyknąć. Niewiele brakowało, a wpadłaby w panikę. Śmierć deptała im po piętach, a ona miała wrażenie, że stopy ma ciężkie jak z ołowiu.

Żałowała dziecka i martwiła się, że sprawia Mercy ból, ciągnąc ją za sobą. Raz szarpnęła ją nawet za mocno i mała się przewróciła. Krzyknęła, gdy upadła twarzą w śnieg, ale od razu wzięła się w garść. Już dawno przestała zadawać pytania i narzekać, że jest zmęczona. W ogóle przestała się odzywać i wytrwale podążała za Mirandą. Byłą dzielną dziewczynką. Dotarli do drogi i Miranda uklękła, żeby przyjrzeć się dziecku. Mercy ciekło z nosa, do rzęs przykleiły jej się płatki śniegu, a do czoła przywarły przepocone czarne włosy. Miranda odgarnęła jej kilka kosmyków za uszy, podczas gdy Pan Prążek, szop pracz, który owinął się wokół szyi dziewczynki jak etola, bacznie ją obserwował. Mercy nalegała, żeby przed ucieczką wypuścić zwierzęta z klatek. Uwolniony szop wdrapał się na jej ramię i mocno go uczepił. Widocznie też wyczuł, że dzieje się coś złego.
– Jak się czujesz? – spytała Miranda, nasuwając małej kaptur na głowę i mocniej spinając płaszcz klamrą.
– Zimno mi w stopy – odparła Mercy szeptem, wpatrując się w śnieg.
– Mnie też – odrzekła Miranda najpogodniejszym tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.
– Niezły ubaw, co? – rzekł stary profesor, wspinając się po zboczu, by do nich dołączyć. Gdy zdejmował torbę z ramienia, z jego ust wydobywały się duże obłoki pary. Brodę i brwi miał zasklepione grubą warstwą śniegu i lodu.
– A jak ty się czujesz? – spytała Miranda.
– Świetnie, doskonale. Stary człowiek potrzebuje od czasu do czasu trochę ruchu, a także odpoczynku. Musimy jednak kontynuować wędrówkę.

– Dokąd idziemy? – spytała Mercy.
– Do Aquesty – odparł Arcadius. – Wiesz, co to Aquesta, prawda, słonko? To właśnie tam jest wielki pałac, z którego rządzi imperatorka. Chciałabyś ją poznać, co?
– Czy zdoła ich powstrzymać?
Miranda zobaczyła, że dziewczynka spogląda ponad ramieniem starego człowieka na płonący uniwersytet. Uszli już wiele mil, ale ogień wciąż rozjaśniał horyzont. Ponad jego blaskiem widać było cienie. Niektóre opadały pionowo, a z innych, krążących nad uniwersytetem, tryskały strumienie płomieni.
– Miejmy nadzieję, słonko, miejmy nadzieję – odrzekł Arcadius. – Tymczasem ruszajmy w drogę. Wiem, że jesteś zmęczona i zziębnięta. Ja też. Ale musimy jak najszybciej stąd się oddalić.
Mercy, drżąc z zimna, skinęła głową, a może tylko wykonała podobny ruch. Trudno to było ocenić. Miranda strzepnęła śnieg z pleców i nóg dziewczynki, żeby uchronić ją przed większym przemoczeniem. Pan Prążek obserwował jej działania z chłodną rezerwą.
– Myślisz, że wszystkie zwierzęta się wydostały? – zapytała Mercy.
– Jestem tego pewny – stwierdził Arcadius. – Przecież są bystre, prawda? Choć może nie aż tak jak Pan Prążek, bo jemu udało się załapać na przejażdżkę.
Mercy znów skinęła głową i dodała z nadzieją w głosie:
– Jestem pewna, że Filiżance udało się uciec. Umie latać.
Miranda sprawdziła tobołek dziewczynki i własny, żeby upewnić się, czy oba są zamknięte i mocno związane. Spojrzała na ciemną drogę.

– Doprowadzi nas przez Colnorę do samej Aquesty – wyjaśnił stary czarnoksiężnik.
– Jak długo będziemy tam szli? – spytała Mercy.
– Kilka dni, może tydzień. Dłużej, jeśli utrzyma się kiepska pogoda.
Miranda dostrzegła niezadowolenie w oczach Mercy.
– Nie martw się. Jak będziemy trochę dalej, zatrzymamy się na odpoczynek i posiłek. Przygotuję coś gorącego, a potem trochę się prześpimy. Na razie jednak musimy iść dalej. Na drodze będzie nam łatwiej.
Miranda chwyciła rękę dziewczynki i ruszyli. Z radością stwierdziła, że jej przewidywania się sprawdziły. Wędrówkę ułatwiały pozostawione przez wozy koleiny oraz to, że schodzili po zboczu. Maszerowali raźnym krokiem i niebawem las za ich plecami przesłonił ognistą łunę. Wkroczyli w ciemny i cichy świat, w którym towarzystwa dotrzymywał im jedynie świst zimnego wiatru. Miranda spojrzała na starego profesora, który powłóczył nogami i przyciskał płaszcz do szyi. Miał zaczerwienioną i pokrytą krostami twarz. Z trudem łapał oddech.
– Na pewno dobrze się czujesz?
Arcadius z początku nie odpowiedział. Podszedł do Mirandy, zmusił się do uśmiechu i szepnął jej do ucha:
– Obawiam się, że może będziecie musiały dokończyć podróż beze mnie.
– Co takiego? – odparła Miranda głośno i zerknęła na dziewczynkę.
Mercy nie podniosła głowy.
– Wkrótce zrobimy postój. Odpoczniemy i jutro pójdziemy wolniej. Przeszliśmy dziś szmat drogi.
Wezmę twoją torbę – zaproponowała i wyciągnęła rękę do Arcadiusa.
– Nie, sam ją poniosę. Wiesz, że jest bardzo krucha i… niebezpieczna. Jeśli ktoś zginie, niosąc ją, niech to będę ja. A jeśli chodzi o odpoczynek, nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Nie mam dość sił na taką podróż. Oboje to wiemy.
– Nie możesz się poddawać.
– Nie zamierzam. Przekazuję zadanie tobie. Dasz sobie radę.
– Ale nie wiem, co robić. Nigdy nie wyjawiłeś mi planu.
– Bo często się zmienia. Miałem nadzieję, że regenci zaakceptują Mercy jako spadkobierczynię Modiny, ale odmówili. – Arcadius zachichotał.
– Co teraz?
– Teraz Modina zasiada na tronie, więc mamy drugą szansę. Najlepsze, co możesz zrobić, to dotrzeć do Aquesty i starać się o audiencję u niej.
– Ale nie wiem, jak…
– Znajdziesz sposób. Przedstaw imperatorce Mercy. To będzie pierwszy krok w dobrym kierunku. Wkrótce tylko ty będziesz znała prawdę. Nie podoba mi się, że obarczam cię tym ciężarem, ale nie mam wyboru.
– Nie, to matka obarczyła mnie tym ciężarem. Nie ty. – Miranda pokręciła głową.
– Wyznanie na łożu śmierci to poważna sprawa.
– Stary człowiek skinął głową. – Ale dzięki temu mogła odejść w spokoju.
– Tak sądzisz? A może jej duch wciąż tu jest? Czasami odnoszę wrażenie, jakby mnie obserwowała… prześladowała. Płacę cenę za jej słabość, tchórzostwo.
– Twoja matka była młoda, biedna i ciemna. Widziała śmierć dziesiątek ludzi oraz zabójstwo matki i dziecka i ledwie uszła z życiem. Była w ciągłym strachu, że pewnego dnia ktoś odkryje, iż to były bliźniaki, a ona uratowała jednego z nich.
– Ale – powiedziała z goryczą Miranda – postąpiła niewłaściwie i okrutnie. A najgorsze jest to, że nie mogła zabrać grzechu z sobą do grobu. Musiała mi powiedzieć, obarczyć mnie odpowiedzialnością za naprawienie jej błędów. Powinna…

Mercy zatrzymała się gwałtownie, ciągnąc Mirandę za rękę.
– Kochanie, musimy… – Miranda urwała, spoglądając na dziewczynkę.
W słabym świetle wczesnego poranka dostrzegła strach na jej twarzy. Mercy patrzyła na miejsce, w którym droga opadała ku dużemu mostowi z kamienia.
– Przed nami światło – oznajmił Arcadius.
– Czy…? – zaczęła Miranda, ale stary nauczyciel pokręcił głową.
– To ognisko, chyba nawet kilka. Podejrzewam, że to kolejni uchodźcy. Możemy się do nich przyłączyć i będzie nam się łatwiej szło. Jeśli się nie mylę, obozują na drugim brzegu Galewyru. Nie miałem pojęcia, że zaszliśmy aż tak daleko. Nic dziwnego, że się zasapałem.
– No, widzisz? – powiedziała Miranda do dziewczynki, gdy znów ruszyli naprzód. – Już po naszych kłopotach. Może będą nawet mieli wóz, na którym będzie mógł jechać stary człowiek.

Arcadius uśmiechnął się do niej z wyższością, ale w duchu ucieszył się z takiej możliwości.
– Wtedy może nasza sytuacja się poprawi – dodał.
– Będziemy…
Dziewczynka ścisnęła rękę Mirandy i znów przystanęła. Drogą zbliżali się do nich kłusem konni. Z nozdrzy zwierząt buchała para, gdy prychały, uderzając kopytami o oblodzoną ziemię. Opatuleni ciemnymi płaszczami jeźdźcy mieli kaptury na głowach, a twarze częściowo owinęli szkarłatnymi szalami, toteż trudno ich było rozpoznać, ale co do jednego nie było wątpliwości: to byli sami mężczyźni. Miranda naliczyła trzech. Jechali od południa, ale nie od strony ognisk. To nie byli uchodźcy.
– Co o tym sądzisz? – spytała dziewczyna. – Rozbójnicy?
Profesor pokręcił głową.
– Co zrobimy?
– Obyśmy nic nie musieli. Przy odrobinie szczęścia to zacni ludzie, którzy przychodzą nam z pomocą. W przeciwnym razie… – poklepał ponuro torbę – dotrzyj do tych ognisk i poproś o schronienie. A potem zaprowadź Mercy do Aquesty. Unikaj regentów i spróbuj przedstawić imperatorce historię dziewczynki. Powiedz jej prawdę.
– Ale co, jeśli…
Jeźdźcy podjechali i zwolnili tempo.
– Co my tu mamy? – spytał jeden z nich.
Miranda nie widziała, który się odezwał, ale domyślała się, że wysoki, jadący na przodzie. Przyglądał się stojącym nieruchomo uciekinierom, podczas gdy oni słuchali chrapliwego sapania koni.
– Cóż za korzystny zbieg okoliczności – dodał jeździec i zsiadł z wierzchowca. – Właśnie do ciebie jechałem, starcze.

Trzymał ostrożnie rękę przy boku i poruszał się sztywno. Jego przenikliwe oczy spoglądały groźnie spod kaptura.
– Poranny spacerek w śnieżycy? – spytał, podchodząc do profesora.
– Bynajmniej – odparł Arcadius. – Uciekamy.
– Nie wątpię. Najwidoczniej gdybym zwlekał jeszcze choćby dzień, nie spotkałbym cię i mógłbyś się wymknąć. Twoje przyjście do pałacu było głupim błędem. Za dużo powiedziałeś. I co ci to dało? Powinieneś być mądrzejszy. Ale wraz z wiekiem przychodzi desperacja. – Spojrzał na Mercy. – To ta dziewczynka?
– Guy… – odrzekł Arcadius. – Sheridan płonie. Elfy przekroczyły Nidwalden i ruszyły do ataku!

Guy! Miranda znała go, a przynajmniej jego reputację. Arcadius nauczył ją nazwisk wszystkich wartowników Kościoła. Według niego Luis Guy był najgroźniejszy z nich. Wszystkimi kierowała obsesja, wszystkich wybrano ze względu na fanatyczną ortodoksyjność, ale Guy wyróżniał się spośród nich. Jego matka, której panieńskie nazwisko brzmiało Evone, była pobożną dziewczyną. Poślubiła lorda Jarreda Sereta, bezpośredniego potomka lorda Dariusa Sereta, któremu patriarcha Venlin zlecił odnalezienie spadkobiercy starego imperium. Luis Guy dostał to zadanie w spuściźnie.
– Nie rób ze mnie głupca. To o niej mówiłeś Saldurowi i Ethelredowi, prawda? To ją chciałeś przygotować jako następną imperatorkę. Czemu miałbyś to robić, starcze? Dlaczego akurat ona? To kolejny podstęp? A może chciałeś nam ją podrzucić, żeby odpokutować za swój błąd?
Guy przykucnął, żeby przyjrzeć się twarzy Mercy.
– Podejdź, dziecko.
– Nie! – warknęła Miranda, przyciągając dziewczynkę do siebie.
Guy powoli wstał.
– Puść ją – rozkazał.
– Nie.
– Wartowniku Guy! – krzyknął Arcadius. – To zwykła wiejska dziewczynka. Sierota, którą przygarnąłem.
– Czyżby?
Wartownik wyjął miecz.
– Bądź rozsądny. Nie masz pojęcia, co robisz.
– Wręcz przeciwnie. Wszyscy tak się skupili na Esrahaddonie, że pozostawałeś niezauważony. Kto by pomyślał, że wskażesz drogę do spadkobiercy nie raz, ale dwa razy?
– Spadkobiercy? Spadkobiercy Novrona? Oszalałeś? Sądzisz, że dlatego rozmawiałem z regentami?
– A nie?
– Nie. – Pokręcił głową, uśmiechając się z rozbawieniem. – Przyszedłem, bo podejrzewałem, że nie pomyśleli o sukcesji, i chciałem pomóc w wyedukowaniu następnego imperialnego przywódcy.
– Ale upierałeś się przy niej, tylko przy tej dziewczynce. Po co miałbyś to robić, gdyby nie była prawdziwą spadkobierczynią?
– To nie ma sensu. Skąd mógłbym to wiedzieć? A nawet czy spadkobierca żyje?
– Rzeczywiście, skąd. To był brakujący element. Właściwie to jesteś jedyną osobą, która mogłaby to wiedzieć. Powiedz, Arcadiusie Latimerze, kim był twój ojciec.
– Tkaczem, ale nie rozumiem…
– A więc jak ubogi syn tkacza z małej wioski został magistrem wiedzy na uniwersytecie w Sheridanie? Wątpię, czy twój ojciec w ogóle umiał czytać, mimo to ty jesteś jednym z najznamienitszych uczonych na świecie. Jak to się stało?
– Doprawdy, Guy, nie sądziłem, że będę musiał wyjaśniać zalety ambicji i ciężkiej pracy komuś takiemu jak ty.
– Zniknąłeś na dziesięć lat, a po powrocie miałeś znacznie bogatszą wiedzę… – Wartownik uśmiechnął się szyderczo.
– Zmyślasz.

Na twarzy Guya pojawił się uśmieszek.
– Kościół nie pozwala byle komu nauczać na swoim uniwersytecie. Sądziłeś, że nie przechowują dokumentów?
– Skądże. Po prostu nie myślałem, że je zobaczysz. – Stary człowiek się uśmiechnął.
– Jestem wartownikiem, idioto! Mam dostęp do wszystkich archiwów Kościoła.
– Tak, ale nie przypuszczałem, że moje badania naukowe kogokolwiek zainteresują. Za młodu byłem buntownikiem, na dodatek przystojnym. Czy w dokumentach to odnotowano?
– Natknąłem się na informację, że znalazłeś grobowiec Yolrica. Kto to był?
– A już myślałem, że wiesz wszystko.
– Nie miałem czasu na ślęczenie w bibliotekach. Śpieszyłem się, żeby cię załapać.
– Ale dlaczego? Czemu mnie ścigasz? Czemu dobyłeś miecza?
– Bo spadkobierczyni Novrona musi umrzeć.
– Nie jest spadkobierczynią. Czemu tak uważasz? Skąd mógłbym w ogóle wiedzieć, kim jest spadkobierca?
– Bo to jedna z tajemnic, z którymi wróciłeś. Odkryłeś, jak odszukać spadkobiercę.
– Ba! Naprawdę, Guy, masz bujną wyobraźnię.
– Natrafiłem na inne zapiski. Kościół wezwał cię na przesłuchanie. Sądzili, że może udałeś się do Percepliquisu, tak jak Edmund Hall. A potem, ledwie kilka dni po tamtym spotkaniu, w Ratiborze doszło do walki. Zabito ciężarną kobietę i jej męża. Zostali zidentyfikowani jako Linitha i Naron Brownowie, a zginęli wraz z dzieckiem z rąk seretów. To ciekawe, że po stuleciach poszukiwań mój poprzednik zdołał odnaleźć spadkobiercę Novrona zaledwie kilka dni po twoim przesłuchaniu. – Guy spiorunował profesora wzrokiem. – Zawarłeś układ z Kościołem? Podałeś informacje w zamian za wolność? Na pewno powiedzieli ci, że chcą odnaleźć spadkobiercę, żeby posadzić go na królewskim tronie. Wyobrażam sobie, co poczułeś, gdy odkryłeś, co naprawdę zrobili.

Guy przerwał, żeby Arcadius mógł odpowiedzieć, ale profesor milczał.
– Wszyscy myśleli, że to koniec rodu, prawda? Nawet patriarcha nie miał pojęcia, że spadkobierca wciąż żyje. A potem Esrahaddon uciekł i poszedł prosto do Degana Gaunta. Tyle że Degan nim nie jest. Ja też dałem się nabrać i długo tkwiłem w błędzie, ale wyobraź sobie wstrząs, jakiego doznałem, kiedy Gaunt nie przeszedł pomyślnie powtórnej próby krwi. To bez wątpienia był skutek tego samego eliksiru, którego Esrahaddon użył na królu Amracie i Ariście, wzbudzając podejrzenia Bragi co do Essendonów. Powinniśmy się domyślić, iż czarnoksiężnik starego imperium nie jest głupcem i nigdy nie doprowadzi nas do prawdziwego spadkobiercy. Ale ty odnalazłeś go, stosując tę samą sztuczkę co za pierwszym razem. – Spojrzał na Mercy. – Kim ona jest? Bękartem? Bratanicą? – Ruszył do Mirandy. – Puść ją.
– Nie! – krzyknął stary profesor.
Jeden z żołnierzy chwycił Mirandę, a drugi odciągnął od niej dziewczynkę.
– Ale lepiej się upewnić. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu.

Wykonał zwinny ruch nadgarstkiem i rozciął dłoń Mercy. Dziewczynka wrzasnęła, a Pan Prążek syknął.
– To niepotrzebne! – zdenerwował się Arcadius.
– Pilnujcie ich – rozkazał Guy pozostałym i podszedł do swojego wierzchowca.
– Sza, bądź dzielną dziewczynką – powiedziała Miranda do Mercy.
Guy położył ostrożnie miecz na ziemi, po czym wyjął z sakwy skórzane etui, a z niego zestaw trzech fiolek. Odkorkował pierwszą, przechylił ją lekko i postukał w nią palcem, aż szczypta proszku spadła na pokryty krwią czubek miecza.
– Chcę stąd iść – pochlipywała Mercy, podczas gdy strażnik mocno ją trzymał. – Proszę, możemy odejść?
– Ciekawe – wymamrotał do siebie Guy, po czym opróżnił następną fiolkę; znajdujący się w niej płyn zasyczał po zetknięciu z ostrzem.
– Guy! – krzyknął do niego Arcadius.
– Bardzo ciekawe – ciągnął rycerz sereta, odkorkowując ostatnią buteleczkę.
– Guy, nie rób tego! – ryknął stary człowiek.
Ale wartownik wylał jedną kroplę na końcówkę klingi.

Puk! Rozległ się odgłos jak przy odkorkowywaniu butelki wina i pojawił rozbłysk podobny do błyskawicy. Rycerz wstał, wpatrując się w koniec swojego miecza, i wybuchnął śmiechem, który brzmiał upiornie jak śpiew szaleńca.
– Wreszcie znalazłem spadkobiercę Novrona. Poszukiwania prowadzone przez moich przodków dobiegną końca za moją sprawą.
– Mirando – szepnął Arcadius – sama już nic nie zrobisz.
Spojrzał w stronę obozu uchodźców. W porannym świetle Miranda zobaczyła kilka słupów dymu. Możliwa pomoc była boleśnie blisko, zaledwie kilkaset metrów stąd.
– Poświęciłem życie na naprawienie swojego błędu, ale teraz do ciebie należy zrobienie tego, co konieczne – wyjaśnił stary profesor.
Luis Guy chwycił dziewczynkę i posadził ją na grzbiecie swojego wierzchowca.
– Zabierzemy ją do patriarchy.
– A co z resztą, sir? – spytał jeden z zakapturzonych mężczyzn.
– Bierzcie starego. Kobietę zabijcie.
Mirandzie serce na chwilę zamarło, gdy żołnierz sięgnął po miecz.
– Czekaj! – powstrzymał go Arcadius. – A co z rogiem? Patriarcha będzie też chciał dostać róg, prawda?
Guy zerknął szybko na torbę Arcadiusa.
– Masz go? – spytał.
Starzec spojrzał z rozpaczą na Mirandę i rzucił się do ucieczki.
– Pilnuj dziecka – rozkazał Guy jednemu żołnierzowi, rzucając mu lejce konia, po czym skinął na drugiego i razem ruszyli w pogoń za Arcadiusem, który biegł szybciej, niż Miranda mogłaby sądzić.
Obserwowała go – swojego najbliższego przyjaciela – jak pędzi drogą, którą przyszli, a za nim powiewa płaszcz. Mogłaby uznać ten widok za komiczny, ale wiedziała, co Arcadius ma w torbie. Wiedziała, dlaczego ucieka i co ona powinna zrobić.

Sięgnęła po sztylet ukryty pod płaszczem. Nigdy wcześniej nikogo nie zabiła, ale czy miała inny wybór? Człowiek stojący między nią a Mercy był żołnierzem, i to prawdopodobnie rycerzem sereta. Odwrócił się do niej plecami, żeby lepiej chwycić konia Guya, skupiając uwagę na Mercy i syczącym szopie, który kłapnął zębami w jego stronę. Miranda miała ledwie kilka sekund, zanim tamci dogonią Arcadiusa. Chciało jej się płakać, ponieważ wiedziała, co się wtedy stanie. Razem doszli tak daleko, tak wiele poświęcili… i gdy już się wydawało, że w końcu są blisko celu… zostaną powstrzymani w taki sposób… zamordowani na poboczu drogi… „Tragiczne” było zbyt słabym słowem na określenie tej niesprawiedliwości.

Ale na łzy będzie czas później. Profesor liczył na nią i ona go nie zawiedzie. To jedno spojrzenie wszystko jej powiedziało. Gdyby tylko udało im się zaprowadzić Mercy do Modiny… wszystko mogłoby wrócić do porządku. Wyjęła sztylet i popędziła naprzód. Z całych sił wbiła nóż żołnierzowi w plecy. Mężczyzna nie nosił kolczugi ani skórzanej zbroi i ostra głownia weszła głęboko, przebijając ubranie, skórę i mięśnie. Ale wartownik obrócił się na pięcie i uderzył Mirandę wierzchem dłoni w policzek. Dziewczyna zachwiała się, a następnie upadła na śnieg, wciąż trzymając sztylet, którego rączka była śliska od krwi. Mercy chwyciła się mocno siodła i wrzasnęła. Szop zaświergotał, strosząc futerko.

]]> http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16532 0 Ostateczny argument królów http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=15783 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=15783#comments Tue, 23 Jul 2013 15:04:23 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=15783 Oto kolejna po Zemsta najlepiej smakuje na zimno i Czerwona kraina powieść Joe Abercrombiego. Mocna akcja, poruszające uczucia i błyskotliwe zakończenie…

Zapowiedź


Logen Dziewięciopalcy musi stoczyć jeszcze tylko jedną walkę, ale ta będzie pamiętna.

Na Północy szaleje wojna, Król Północnych trzyma sie mocno i tylko jeden człowiek może go powstrzymać: jego najdawniejszy przyjaciel – i najdawniejszy wróg. Najwyższy czas, żeby Krwawy-Dziewięć wrócił do domu.

Superior Glokta – uskarżający się na nadmiar przełożonych i niedostatek czasu – prowadzi zupełnie inną wojnę, potajemną walkę, w której nikt nie jest bezpieczny i nikomu nie można ufać. Dni, w których był mistrzem fechtunku, odeszły w przeszłość. Całe szczęście, że szantaż, groźby i tortury nic nie straciły ze swej skuteczności.

Jezal dan Luthar doszedł do wniosku, że zdobywanie żołnierskiej chwały bywa nazbyt bolesne. Porzucił więc wojaczkę na rzecz życia z kobietą, którą kocha. Okazało się, że miłość również potrafi sprawić ból, a chwała ma paskudny zwyczaj dopadać człowieka znienacka, kiedy najmniej się on tego spodziewa.

Oto kolejna po Zemsta najlepiej smakuje na zimno i Czerwona kraina powieść Joe Abercrombiego. Mocna akcja, poruszające uczucia i błyskotliwe zakończenie – oto atuty powieści Abercrombiego, które nigdy nie pozostawiają Czytelnika obojętnym.
 
Joe Abercrombie – angielski pisarz fantasy i montażysta filmowy. Jest autorem trylogii Pierwsze prawo. Tom pierwszy, Samo ostrze, został ukończony w 2004 roku i opublikowany w 2006. Kontynuacja książki Nim zawisną na szubienicy ukazała się w 2007 roku, a ostatni tom trylogii – Ostateczny argument królów, w 2008. Samodzielna, choć osadzona w tym samym uniwersum powieść, Zemsta najlepiej smakuje na zimno, została wydana w czerwcu 2009, a kolejną samodzielną powieść pt. Bohaterowie wydano w styczniu 2011.

Nominowany do Nagrody Campbella dla najlepszego nowego pisarza. Dwa razy nominowany do British Fantasy Award: w 2010 za powieść Zemsta najlepiej smakuje na zimno i w 2012 za Bohaterów.

Joe Abercrombie
Ostateczny argument królów
Wydawnictwo MAG
Premiera: 10 maja 2013

 

 

Fragment


Joe Abercrombie
Ostateczny argument królów
(fragment)

Zatruta profesja

Superior Glokta stał w holu i czekał. Przechylił głowę na powykręcanej szyi w jedną stronę, potem w drugą, nasłuchując znajomych trzasków i czując, jak dobrze znane sznury bólu napinają się w powęźlonych mięśniach między łopatkami.
„Po co to robię, skoro zawsze przy tym cierpię? Dlaczego musimy badać ból? Macać językiem ranki w ustach, rozdrapywać pęcherze, skubać strupy?”
– No, dlaczego? – warknął.
Marmurowe popiersie u stóp schodów odpowiedziało mu milczącą pogardą.
„A tej akurat mam już serdecznie dość”.
Odsunął się, szurając nogami, wlokąc bezużyteczną stopę po płytkach posadzki. Stukot jego laski odbijał się echem od stiuków odległego sufitu. W porównaniu z innymi arystokratami zasiadającymi w Otwartej Radzie lord Ingelstad, właściciel tej przesadnie wystawnej rezydencji, był człowiekiem niewielkiego formatu, głową podupadłego rodu, któremu los stopniowo przestawał sprzyjać, a majątek i wpływy z czasem skurczyły się niemal do zera. „Im bardziej się człowiek kurczy, tym bardziej rozdęte ma ambicje. Dlaczego ludzie nie zdają sobie z tego sprawy? W wielkich wnętrzach rzeczy małe wydają się jeszcze mniejsze”.
Gdzieś w półmroku zegar rzygnął ospałym kurantem.
„Już spóźniony. Im człowiek mniej znaczy, tym dłużej każe na siebie czekać. Ale ja potrafię być cierpliwy, kiedy trzeba. Jakkolwiek by na to patrzeć, nie czekają na mnie oszałamiające bankiety, ekstatyczne tłumy ani piękne kobiety. Już nie. Zadbali o to Gurkhulczycy w ciemnych lochach imperatorskiego więzienia”.

Przesunął językiem po pustych dziąsłach i przestąpił z nogi na nogę. Stęknął ciężko, gdy igły bólu wystrzeliły mu ze stopy w górę, do krzyża i pleców. Aż mu zatrzepotały powieki.
„Potrafię być cierpliwy. To jedyna zaleta sytuacji, w której każdy krok jest męczarnią: człowiek szybko się uczy ostrożnie stawiać stopy”.
Drzwi za jego plecami otworzyły się gwałtownie. Glokta odruchowo odwrócił głowę i z trudem powstrzymał grymas bólu, gdy trzasnęło mu w karku. W progu stał lord Ingelstad: wysoki, ojcowski typ o rumianej cerze. Uśmiechnął się przyjaźnie i gestem zaprosił superiora do pokoju.
„Jest taki spokojny, jakbym był zwyczajnym gościem. W dodatku mile widzianym”.
– Przepraszam, że kazałem panu czekać, superiorze. Odkąd przybyłem do Adui, przyjmuję tylu gości, że w głowie mi się kręci. – „Oby tylko całkiem ci się nie odkręciła”. – Tylu gości!
„Gości z propozycjami, zapewne. Z ofertami w zamian za twój głos. Za pomoc w wyborze następnego króla. Spodziewam się jednak, że odrzucenie mojej oferty mogłoby się okazać dla ciebie zbyt bolesne”.
– Napije się pan wina, superiorze?
– Nie, wasza lordowska mość, dziękuję. – Glokta przekuśtykał przez próg. – Nie zabawię długo. Ja również mam mnóstwo zajęć.
„Wybory same się nie ustawią, rozumiesz”.
– Ależ oczywiście, oczywiście. Proszę spocząć.
Ingelstad z zadowoleniem rozparł się na jednym z krzeseł, wskazując gościowi drugie. Glokta potrzebował czasu, żeby się ­usadowić: ostrożnie osunął się na siedzisko i przez chwilę się na nim mościł, aż znalazł taką pozycję, w której plecy nie bolały go bez przerwy.
– O czym chciał pan ze mną porozmawiać, superiorze?
– Reprezentuję arcylektora Sulta. Mam nadzieję, że nie poczuje się pan urażony moją bezpośredniością, gdy powiem, że Jego Eminencja chce dostać pański głos.
Grubo ciosane rysy arystokraty wykrzywiły się w grymasie udawanego zdumienia.
„Bardzo kiepsko udawanego, trzeba przyznać”.
– Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem: mój głos… w jakiej sprawie?
Glokta otarł wilgoć pod łzawiącym okiem.
„Naprawdę musimy się wdawać w ten pozbawiony godności taniec? Tobie brakuje krzepy, a mnie nóg”.
– W sprawie tego, kto następny zasiądzie na tronie, lordzie Ingelstad.
– Ach tak. – „Tak, durniu”. – Naturalnie. Superiorze Glokta, mam nadzieję, że nie rozczaruję ani pana osobiście, ani Jego Eminencji, człowieka, którego darzę wyłącznie najwyższym szacunkiem – (tu Ingelstad skłonił głowę w geście przesadnej pokory) – kiedy powiem, że nie mogę w tej kwestii ulegać żadnym wpływom. Sumienie mi na to nie pozwala. W moim odczuciu zarówno ja sam, jak i pozostali członkowie Otwartej Rady zostaliś­my obdarzeni świętym zaufaniem. Brzemię obowiązku nakazuje mi głosować na człowieka, który w mojej opinii będzie kandydatem absolutnie najlepszym spośród wielu wspaniałych ludzi ubiegających się o tę godność.

I Ingelstad rozpromienił się w uśmiechu, wielce z siebie zadowolony.
„Piękna przemowa, jakiś wioskowy głupek może by nawet w nią uwierzył. Ile już takich słyszałem przez ostatnie kilka tygodni? Zgodnie z tradycją, teraz powinny rozpocząć się targi i dyskusja o tym, ile dokładnie warte jest święte zaufanie; ile srebra potrzeba, żeby uciszyć sumienie; ile złota, żeby przeważyć brzemię obowiązku. Tyle że ja dziś nie jestem w nastroju do targów”.
Glokta uniósł brwi bardzo, bardzo wysoko.
– Gratuluję szlachetnej postawy, lordzie Ingelstad. Gdyby więcej ludzi miało taki charakter, żylibyśmy w lepszym świecie. Zaiste, wielkiej trzeba siły ducha… zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jak wiele ma pan do stracenia. Prawdę powiedziawszy, wszystko. – Skrzywił się, przełożywszy laskę do jednej ręki, i z wysiłkiem zsunął się na skraj siedziska krzesła. – Widzę jednak, że jest pan człowiekiem niezłomnym, nie będę zatem dłużej zabierał panu czasu…
– Do czego pan pije, superiorze? – Na pulchnej twarzy arystokraty odmalował się wyraźny niepokój.
– Jak to do czego, lordzie Ingelstad? Do pańskich szemranych interesów.
Rumiane policzki straciły większość koloru.
– Musiało dojść do jakiejś pomyłki.
– Zapewniam pana, że o pomyłce nie może być mowy. – Z wewnętrznej kieszeni płaszcza Glokta wyjął podpisane zeznania. – Widzi pan, pańska osoba często przewija się w zeznaniach wysokiej rangi kupców bławatnych. Bardzo często. – Rozłożył szeleszczące papiery w taki sposób, żeby obaj mogli je odczytać. – W tym miejscu nazywa się pana… proszę zrozumieć, że nie odpowiadam za dobór słów… „współsprawcą”. Tutaj jest pan „głównym beneficjentem” nad wyraz podejrzanej operacji przemytniczej. A tu, jak pan zapewne widzi (ja zaś rumienię się, musząc to panu wytknąć), pańskie nazwisko występuje w bliskim sąsiedztwie słów „zdrada stanu”.

Ingelstad osunął się na krzesło i drżącą ręką odstawił kieliszek na stół; szczęknęło szkło, odrobina wina wylała się na wypolerowane drewno.
„Oj, radziłbym to szybciutko wytrzeć. Inaczej zostanie paskudna plama, a niektóre plamy nigdy nie schodzą”.
– Jego Eminencja, który uważa pana za przyjaciela, zdołał zatuszować fakt pojawienia się pańskiego nazwiska na wstępnym etapie śledztwa. Zrobił to dla dobra nas wszystkich. Współczuje panu, gdyż zdaje sobie sprawę, że próbował pan po prostu odwrócić niesprzyjający rodzinie los. Gdyby jednak miał go pan zawieść w kwestii tego głosowania, jego współczucie szybko się wyczerpie. Rozumie pan, co mam na myśli?
„Bo mnie się wydaje, że wyraziłem się nadzwyczaj jasno”.
– Rozumiem – wyskrzeczał Ingelstad.
– Jak się teraz miewa pańskie brzemię obowiązku? Mniej ciąży?
Arystokrata przełknął z wysiłkiem ślinę. Wszelki ślad rumieńców odpłynął mu z twarzy.
– Oczywiście, z radością wspomogę Jego Eminencję w każdy możliwy sposób, ale… Chodzi o to…
„Co znowu? Jakaś rozpaczliwa propozycja? Desperacka łapówka? A może odwoła się do mojego sumienia?”.
– Odwiedził mnie wczoraj przedstawiciel najwyższego sędziego Marovii, niejaki Harlen Morrow. Złożył mi bardzo podobną propozycję… popartą bardzo podobnymi groźbami.

Glokta spochmurniał.
„No proszę: Marovia i jego mały robal. Zawsze krok przed nami albo krok za nami. Zawsze blisko”.
Do głosu Ingelstada wkradła się histeryczna buta:
– I co ja mam zrobić? Nie mogę przecież poprzeć obu! Wyjadę z Adui, superiorze, wyjadę i nie wrócę! Powstrzymam… powstrzymam się od głosu…
– Nawet o tym nie myśl, skurwielu! – wysyczał Glokta. – Zagłosujesz tak, jak ci każę, i do diabła z Marovią!
„Potrzebuje mocniejszej zachęty? To odrażające, ale jak mus, to mus. Czyż nie upaprałem już rąk po łokcie? Przekopanie się przez jeden czy dwa rynsztoki więcej niewiele zmieni”.
– Wczoraj w parku przyglądałem się pańskim córkom – powiedział, zniżając głos do gładkiego pomruku. Twarz arystokraty pobladła jak ściana. – Trzy niewiniątka, które lada chwila wejdą w kobiecość. Ubrane zgodnie z najnowszą modą, jedna śliczniejsza od drugiej. Ile lat może mieć ta najmłodsza… piętnaście?
– Trzynaście – wychrypiał Ingelstad.
– Ach tak… – Glokta odsłonił dziąsła w bezzębnym uśmiechu. – Wcześnie rozkwitła. Nigdy przedtem nie były w Adui, prawda?
– Nie, nie były – zgodził się z nim lord.
– Tak myślałem. Podniecenie i zachwyt, jakie wzbudziła w nich wycieczka po ogrodach Agriontu, były takie urocze… Jestem pewien, że zwróciły uwagę wszystkich kawalerów w mieście. – Uśmiech Glokty bladł z wolna. – Lordzie Ingelstad, widok trzech tak delikatnych istot wywiezionych znienacka do jednej z najsurowszych placówek karnych w Anglandzie złamałby mi serce. W takich miejscach uroda, dobre urodzenie i łagodny charakter przyciągają uwagę zupełnie innych, znacznie mniej sympatycznych osób. – Glokta zadrżał w starannie wyreżyserowanym dreszczu zgrozy, nachylił się ku Ingelstadowi i mówił dalej szeptem: – Nawet psu nie życzyłbym takiego losu. A wszystko to przez ojca, który miał środki zaradcze na wyciągnięcie ręki.
– Ale przecież moje córki nie są w żaden sposób zamieszane w…
– Wybieramy nowego króla! Wszyscy jesteśmy w to zamieszani!
„Ostro, być może, ale surowe czasy wymagają surowych działań”.

Glokta z trudem dźwignął się z krzesła. Zaciśnięta na lasce dłoń zadrżała z wysiłku.
– Powiem Jego Eminencji, że może liczyć na pański głos.
Ingelstad zapadł się w sobie, oklapł nagle i nieodwołalnie.
„Jak przebity bukłak”.
– Ale najwyższy sędzia… – wyszeptał. – Nie zna pan litości?
Glokcie nie pozostało nic innego, jak wzruszyć ramionami.
– Kiedyś znałem. Jako dziecko miałem wręcz idiotycznie miękkie serduszko, słowo daję, płakałem na widok muchy złapanej w pajęczą sieć. – Skierował się ku drzwiom, grymasem bólu kwitując okrutny spazm przeszywający zranioną nogę. – Ustawiczne cierpienie skutecznie mnie z tego wyleczyło.

***

To było kameralne spotkanie dobrych znajomych.
„Chociaż w takim towarzystwie trudno mówić o serdeczności”.
Superior Goyle – siedzący po drugiej stronie olbrzymiego okrąg­łego stołu w olbrzymim okrągłym gabinecie – miał kaprawe oczka osadzone w kościstej twarzy. Patrzył na Gloktę spode łba.
„Spode łba, ale nie bez czułości, śmiem twierdzić”.
Uwagę Jego Eminencji arcylektora, przełożonego Inkwizycji Jego Królewskiej Mości, przykuwało coś zupełnie innego: trzysta dwadzieścia arkuszy papieru, poprzyczepianych do zakrzywionych ścian i zajmujących tym sposobem niemal połowę obwodu komnaty.
„Po jednym na każdego szlachetnego członka naszej wspaniałej Otwartej Rady”.
Wpadający przez ogromne okna wiatr szeleścił nimi delikatnie.
„Trzepoczące papierki, trzepoczące głosiki”.
Na każdej karcie widniało czyjeś nazwisko.
„Lord taki, lord owaki, lord jakiś tam skądś tam. Wielcy i mali. Ludzie, z których zdaniem nikt się nie liczył, dopóki książę Raynault nie sturlał się z łóżka wprost do grobu”.
Wiele stronic było opatrzonych umieszczoną w rogu plamą kolorowego laku; na niektórych widniały dwie, czasem nawet trzy takie plamy.
„Potwierdzenia lojalności. Jak zagłosują? Niebieskie – lord Brock, czerwone – lord Isher, czarne Marovia, białe Sult i tak dalej. Oczywiście, wszystko jeszcze może się zmienić, zależy, jak powieje wiatr”.

U dołu stronic znajdowały się sporządzone drobnym pismem adnotacje. Z miejsca, w którym siedział, Glokta nie był w stanie ich odczytać, ale znał ich treść.
„Jego żona to dawna dziwka. Lubi młodych chłopców. Za dużo pije. W napadzie szału zabił służącą. Nie jest w stanie spłacić długów z hazardu. Sekrety. Plotki. Kłamstwa. Narzędzia naszego szlachetnego rzemiosła. Trzysta dwadzieścia nazwisk i tyle samo obrzydliwych historyjek, z których każdą można wyciągnąć i wykorzystać. Polityka rzeczywiście jest powołaniem ludzi prawych. Dlaczego więc się nią zajmuję? Dlaczego?”.
Arcylektor miał ważniejsze sprawy na głowie.
– Brock w dalszym ciągu na prowadzeniu – mruknął skwaszony, wpatrując się w poruszane wiatrem kartki. Splótł dłonie za plecami. – Ma około pięćdziesięciu głosów, mniej lub bardziej pewnych.
„Tak pewnych, jak to tylko możliwe w tych niepewnych czasach”.
– Isher ze swoją plus minus czterdziestką zwolenników depcze mu po piętach – ciągnął arcylektor. – Podobno Skald ostatnio sporo zyskał. To niesłychanie bezwzględny człowiek. Trzyma w garści całą delegację Stariklandu, czyli jakieś trzydzieści głosów. Tyle samo ma Barezin. W tej chwili są to czterej główni rywale.
„Ale kto to może wiedzieć, co będzie dalej? Może król pożyje jeszcze rok i zanim przyjdzie do głosowania, powyrzynamy się nawzajem”.

Glokta z trudem powstrzymał się od uśmiechu na tę myśl. Piętrzące się w Rotundzie Lordów zwały bogato odzianych trupów, zwłoki najważniejszych arystokratów Unii i wszystkich dwunastu członków Zamkniętej Rady.
„Każdy dźgnięty w plecy przez sąsiada. Paskudna prawda o władzy…”.
– Rozmawiałeś z Heugenem? – zapytał ostro Sult.
Goyle zarzucił łysiejącą głową i posłał Glokcie szyderczy uśmieszek. Kipiał ze złości.
– Lord Heugen wciąż żyje złudzeniem, że ma szansę zostać naszym następnym królem, mimo że nie może liczyć na więcej niż dziesięć, dwanaście głosów. Ledwie znalazł czas na wysłuchanie naszej oferty, taki był zajęty desperackim poszukiwaniem nowych zwolenników. Może za tydzień, dwa przejrzy na oczy i przychyli się do naszej propozycji, ale to nic pewnego; prędzej postanowi związać swoje nadzieje z Isherem. O ile mi wiadomo, zawsze było im po drodze.
– I dobrze – wycedził Sult przez zęby. – Co z Ingelstadem?
Glokta poruszył się na krześle.
– Bez ogródek przedstawiłem mu ultimatum Waszej Eminencji.
– Zatem możemy na niego liczyć?
„Jak by to powiedzieć…”.
– Nie mamy co do tego całkowitej pewności. Najwyższy sędzia Marovia zagroził mu w niemal identyczny sposób jak my, Eminencjo, poprzez jednego ze swoich ludzi, Harlena Morrowa.
– Morrow? Przecież to podnóżek Hoffa!
– Wygląda na to, że ostatnio awansował w hierarchii.
„Albo spadł niżej, zależy, jak na to spojrzeć”.
– Można się nim zająć. – Goyle zrobił wyjątkowo niesympatyczną minę. – Z łatwością…
– Nie! – uciął Sult. – Co z tobą, Goyle? Ledwie pojawi się jakiś problem, ty od razu chcesz go zabić! Na razie musimy zachować ostrożność, pokazać się jako ludzie rozważni, otwarci na negocjacje. – Podszedł do okna. Słońce zalśniło fioletowo w kamieniu pierścienia będącego oznaką arcylektorskiego urzędu. – A tymczasem bieżące zarządzanie krajem leży. Nikt nie zbiera podatków, nie karze przestępców… Ten łotr, którego zwą Garbarzem, ten demagog i zdrajca przemawia publicznie na wiejskich jarmarkach, otwarcie nawołując do buntu! Codziennie nowi wieśniacy porzucają swoje gospodarstwa i stają się zwykłymi bandytami; kradną i wyrządzają niewysłowione szkody. Szerzy się zamęt, a nam brakuje sił i środków, żeby go zdusić. W Adui zostały zaledwie dwa pułki gwardii królewskiej, co ledwie wystarcza dla utrzymania porządku w mieście. Tylko patrzeć, jak któryś z naszych szlachetnych lordów znudzi się czekaniem i przed czasem sięgnie po koronę! Wcale bym się nie zdziwił.
– Czy armia niedługo wróci z Północy? – zainteresował się Goyle.
– Wątpię. Ten prostak, marszałek Burr, przesiedział trzy miesiące pod Dunbrekiem, dając Bethodowi aż nadto czasu na przegrupowanie sił po drugiej stronie Białego Nurtu. Nikt nie wie, kiedy wreszcie zakończy swoją misję. O ile w ogóle ją zakończy.
„Miesiące poświęcone na zniszczenie naszej własnej twierdzy. Prawie żal, że tyle wysiłku włożyliśmy w jej wybudowanie”.
– Dwadzieścia pięć głosów. – Arcylektor obserwował z marsem na czole szeleszczące papiery. – Dwadzieścia pięć… A Marovia ile ma? Osiemnaście, tak? Przecież to żaden postęp! Na każdy głos, który udaje się nam pozyskać, tracimy jakiś inny!
Goyle pochyli się na krześle.
– Wasza Eminencjo, może to dobry moment, żeby ponownie złożyć wizytę naszemu przyjacielowi z uniwersytetu…
Arcylektor zasyczał wściekle i Goyle natychmiast się zamknął. Glokta wyglądał przez okno, udając, że nie usłyszał niczego niezwykłego. Sześć popadających w ruinę wieżyc uniwersytetu dominowało w panoramie miasta.
„A jakąż to pomoc można tam znaleźć? Wśród kurzu i zgniliz­ny, na co mogą się przydać ci zramolali durnie, adepci?”.
Sult nie dał mu się długo nad tym zastanawiać.
– Sam porozmawiam z Heugenem – orzekł i dźgnął palcem jeden z arkuszy na ścianie. – Goyle? Napisz list do lorda gubernatora Meeda i spróbuj uzyskać jego poparcie. Ty, Glokta, spotkaj się z lordem Wetterlantem. Jeszcze się nie zdeklarował. A teraz zmiatajcie stąd obaj. – Odwrócił się tyłem do zapełnionych sekretami stronic i utkwił w Glokcie spojrzenie niebieskich oczu. – Wynocha! I przynieście… mi… głosy!
]]> http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=15783 0 Przygoda z dzwonem http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16517 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16517#comments Tue, 23 Jul 2013 11:14:07 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16517 „Projekt Kammlera” to klasyczna powieść przygodowa. Sporo zagadek do rozwiązania, przeplatające się wątki, mnóstwo akcji – to wszystko znalazło się w książce napisanej przez Scotta Marianiego. Tym razem inspiracją dla stworzenia fabuły stała się dla bestsellerowego pisarza tajemnica nazistowskiego projektu badawczego Die Glocke – Dzwon.

Projekt KammleraPowieści, których akcja odwołuje się do nierozwiązanych, a ekscytujących zagadek historii mają swój urok. Jeśli pisarz przeprowadzi dogłębną analizę źródeł i sporządzi kompilację różnorodnych punktów spojrzenia na dany temat, to ów urok będzie polegał dla czytelnika na zachęcie do dalszego zgłębiania tematu. Gorzej jeśli pisarz się nie przyłoży i zaserwuje odbiorcy tylko jeden punkt widzenia, albo tylko, co gorsza, zestaw spiskowych fantazji.

Takim jednak przypadkiem nie będziemy się tutaj zajmować, bo Scott Mariani pisząc książkę „Projekt Kammlera” bardzo dobrze wywiązał się z podjętego zadania. Prześledził zarówno wnioski potwierdzone naukowo, informacje dobrze znane i uznawane za wiarygodne przez pasjonatów tematu jak i wymysły tropicieli spisków nie z tej ziemi. Teraz czas wyjaśnić na jaki temat.

Tytułowy Kammler był postacią istniejącą naprawdę. Hans Friedrich Karl Franz Kammler, bo tak brzmiało jego pełne nazwisko był konstruktorem i wysokiej rangi oficerem SS oraz generałem Waffen-SS. Nadzorował najważniejsze projekty budowlane SS, od wiosny 1945 pracował jako szef tajnych badań nad tzw. Wunderwaffe. Były to plany kilkunastu pojazdów powietrznych oraz między innymi broni atomowej, które miały przynieść zwycięstwo III Rzeszy. Znalazł się pośród nich także wspomniany wcześniej Die Glocke – Dzwon. Czym był naprawdę, tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, lecz największa część hipotez mówi o nim jako o rewolucyjnym rodzaju generatora energii, wynalazku mogącym wręcz zmienić losy świata.

Szukaniem informacji na jego temat zajmuje się do dziś wiele osób i zajęli się nią też bohaterowie stworzeni przez Marianiego. Trójka naukowców, do których po pewnym czasie dołączyła czwarta osoba, poza oficjalną pracą uniwersytecką pracą zajmuje się także analizowaniem zagadkowych badań niemieckiego generała, roztrząsając różne hipotetyczne scenariusze. Nadali sobie nawet żartobliwe miano „Ekipy Kammlera”. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to, co dla nich jest zajmującą odskocznią od obowiązkowych zajęć dla innej grupy ludzi jest sprawą życia lub śmierci. Z naciskiem na śmierć.

Ben Hope, główny bohater, nie jest naukowcem. Nie należy do „Ekipy Kammlera”, a nawet do czasu w ogóle nie wie o jej istnieniu, ani o zagadnieniach podejmowanych przez kwartet naukowców. Prowadzi ośrodek szkoleniowy dla specjalistów od zwalczania kidnapingów, czym jest całkowicie zaabsorbowany. Przypadkowe zdarzenie sprawia, że decyduje się podjąć zadanie początkowo wcale dla niego nie przeznaczone. Jeden zbieg okoliczności prowokuje lawinę zdarzeń, za którymi podąża, o dziwo wcale nie z chęci zbawienia świata jak wielu bohaterów książek przygodowych, ale dlatego, że dają mu one nadzieję na spotkanie z osobą poszukiwaną przez niego całymi latami. Zajęty osobistą sprawą z zaskoczeniem odkrywa, że wiąże się ona z czymś znacznie, znacznie poważniejszym.

A teraz kwestia podstawowa: Scottowi Marianiemu udało się w tej powieści coś niespodziewanego. Pomimo, że podejmuje liczne, tradycyjne motywy nieodzowne w szanującej się powieści przygodowej, to jednak udaje mu się czytelnika wciąż zaskakiwać. Uderza precyzja fabuły: mamy do czynienia z przygodami a la James Bond, lecz dzięki niezwykle logicznemu powiązaniu wątków wydają się one zupełnie prawdopodobne i racjonalne, a to już sztuka! Żołnierska narracja i oszczędne słownictwo nadają akcji dynamiki co sprawia, że dobrze się tę książkę czyta od pierwszej do ostatniej strony.

Scottowi Marianiemu udało się w tej powieści coś niespodziewanego. Pomimo, że podejmuje liczne, tradycyjne motywy nieodzowne w szanującej się powieści przygodowej, to jednak udaje mu się czytelnika wciąż zaskakiwać

Nadto autor, nie bacząc na panującą wśród współczesnych pisarzy modę, nie epatuje czytelnika scenami krwawych zbrodni i to też duża zaleta. Mariani potrafi pisać tak, by w napięciu trzymała odbiorcę książki zagadka, nie musi sięgać po wnętrzności spływające z co drugiej strony. I to spory plus: wszak nieuzasadniona makabra w książkach akcji nie świadczy o niczym innym jak o słabości fabuły.

Książka „Projekt Kammlera” należy do serii o przygodach majora Bena Hope związanego przez pewien czas z elitarną jednostką SAS. Według informacji podanych na stronie autora jest piąta w kolejności, co jednak zupełnie nie przeszkadza w czytaniu jej jako zupełnie osobnej historii. W żadnym momencie nie pojawia się zaskoczenie brakiem wiedzy czytelnika co do zdarzeń z wcześniejszych tomów, a to tym bardziej zachęca do lektury innych powieści o przygodach tego bohatera. Wybór kolejności można podyktować na przykład własnymi zainteresowaniami historycznymi, bo inspiracją dla każdej z książek stał się inny sekret z przeszłości.

Tym razem była to tajemnica rodem z III Rzeszy, ale wcześniej pisarz podjął też tematy związane ze starożytnym Egiptem, czy pradawnymi proroctwami. Lektura książki oczywiście daje czytelnikowi odpowiedź na wszystkie zagadki w niej zawarte, a nawet na jedną dodatkową: dlaczego Scott Mariani stał się bestsellerowym autorem, tak lubianym przez czytelników na całym świecie? Cóż, po prostu od stworzonej przez niego fabuły trudno się oderwać i daje ona naprawdę dobrą rozrywkę. Polecam!

Robert Wiśniewski

Scott Mariani
Projekt Kammlera
Wydawnictwo Muza 2013

Strona internetowa Scotta Marianiego: www.scottmariani.com

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16517 0
(Nie) wesołe miasteczko http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16509 http://www.salonliteracki.eu/salon/?p=16509#comments Tue, 23 Jul 2013 11:05:59 +0000 redaktor http://localhost/salonliteracki/salon/?p=16509 To już tradycja, że na kolejne powieści Stephena Kinga fani jego literatury czekają z dużym napięciem i wachlarzem własnych oczekiwań, co do tego jaką historię powinien im zaserwować. „Joyland”, najnowsza z książek amerykańskiego pisarza, może zaskoczyć. Nie jest tym, co wiele osób chciałoby w niej dojrzeć.

Poszła fama, że nowy King to stary dobry King. Gdzieś mi się to o uszy obiło, więc zasiadając w fotelu do lektury „Joylandu” (czytam w fotelu, jak każdy emeryt żebym nie spadł, gdybym zasnął) jakoś odruchowo oczekiwałem, że mnie wystraszy.

Czytam więc pierwszą stronę i drugą i trzydziestą, a tu nic. Młody chłopak szuka pracy na lato. Chce również zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce, z sentymentem opowiada o tej miłości. Trafia do parku rozrywki, gdzie bierze udział w rozmowie kwalifikacyjnej, przechodzi ją pomyślnie i zostaje zatrudniony. Jeden ze starych pracowników, nawiązując z nim przypadkową rozmowę, wspomina mu o morderstwie, które jakiś czas temu zostało w tytułowym „Joylandzie” popełnione.

Przeczytałem już w swoim życiu na tyle dużo książek, że wiem iż to ten moment w konstrukcji fabuły, gdy pierwsze ciarki powinny mi przejść po plecach. Ale nie przeszły. W ogóle się tym nie przejąwszy czytałem dalej, bo czytało się dobrze. Trochę zbyt szybko ubywało stron, bo to powieść niewielka, bardziej nawet obszerne opowiadanie niż powieść, ale jednak wciąż dobrze.

Chłopak chodził plażą, spotkał chłopca z zabawnym psem i niezwykle piękną choć nieuprzejmą kobietę, w parku rozrywki działo się to i owo, ale nic strasznego, rozwiązywanie zagadki rozmywało się pomiędzy epizodycznymi postaciami i codziennymi wydarzeniami.

I wtedy zrozumiałem, że (stary, a głupi) wpadłem w pułapkę oczekiwania na starego dobrego Kinga, który potrafił straszyć tak, że człowiek zaraz po lekturze bał się wejść do ciemnego pomieszczenia pewien, że coś na niego wyskoczy. A tym razem drodzy Państwo, zdaje się chodzić o coś zupełnie innego.

Pisząc „Dallas 63”, poprzednią powieść, King zakosztował tworzenia fabuły osadzonej w całkowicie realistycznej rzeczywistości. Wówczas przeniósł swych bohaterów na przeważającą część akcji do przełomu lat 50 i 60-tych XX wieku. Jak sam powiedział w filmie zapowiadającym tamtą książkę, wiele przyjemności sprawiło mu gromadzenie i analizowanie materiałów archiwalnych, co zaś pozwoliło odtworzyć przed czytelnikami obraz nieistniejącego już świata.

Wywiązał się z tego zadania uczciwie, nie popadając ani w gloryfikację (tym powszechniejszą, im dalej nam od danego okresu w dziejach) ani w tony nadmiernie krytyczne. Coś z tamtych czasów pamiętał, wiele mógł się dowiedzieć od świadków będących wówczas w nieco bardziej zaawansowanym od niego wieku.

Oczami studenta Devina Jonesa obserwujemy zmieniające się Stany Zjednoczone, mentalność, obyczajowość, normy społeczne

Za to czasy, w których rozgrywa się akcja „Joylandu” (początek lat 70-tych) sam zna na wylot i to daje się odczuć. Oczami studenta Devina Jonesa obserwujemy zmieniające się Stany Zjednoczone, mentalność, obyczajowość, normy społeczne. Paradę typów ludzkich, zmagania z upływającym czasem, osobiste rozterki bohatera. Ten pejzaż wypada o tyle dobrze, co nieoczekiwanie. I doprawdy, bardziej przejmowało mnie nie to, czy Devinowi uda się ustalić, kto jest tajemniczym zabójcą z lunaparku, ale to, czy wytrzyma w niebieskim futrze. Co to za futro zdradzić nie mogę. Przekonajcie się sami.

„Joyland” nie straszy, ale to wcale nie oznacza spadku formy Kinga. Raczej to, że jako pisarz wciąż ewoluuje i czytelnicy jeszcze niejednego mogą się po nim spodziewać.

Tomasz Orwid

Stephen King
Joyland
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2013

 

]]>
http://www.salonliteracki.eu/salon/?feed=rss2&p=16509 0